— Gdzie stoi na kotwicy owa „Esperanza”?

— Na rejdzie przed awanportem, poza wylotem mola południowego. Sprytne juchy nie chciały zawijać nawet w obręb przedporcia, by w każdej chwili ulotnić się bez przeszkody. Ten statek znam doskonale nie od dzisiaj; gdzie mu tam na imię „Esperanza”! Taka z niego „Esperanza” akurat, jak ze mnie Achmet Bej. I pan go zna dobrze, kapitanie z czasów naszych dalekich rejsów.

Warmski spojrzał pytająco.

— To „Siewjer” z Archangielska, panie kapitanie.

— „Siewjer”? Ależ, o ile mnie pamięć nie myli, „Siewjer” był żaglowym szkunerem! Tymczasem Kotwicz nazwał ten statek motorowcem.

— Ano tak; przerobili szkuner na motorowiec; przemalowali kadłub, przechrzcili na inną nazwę i dziś jest sobie „Esperanza”. Chytre Moskaluszki!

— Oho! — przerwał mu nagle Warmski, obserwując jakiś statek pod banderą francuską — „Tourterelle” wywiesiła żółtą flagę; pewnie mają chorych za burtą.

— Zawinęli do portu dziś rano; podobno zaszło tam parę wypadków tyfusu. Lecz oto i nasza „Rybitwa”.

Po chwili kapitan i bosman odbijali od mola na ścigłej jak mewa szalupie. Przecisnąwszy się pomiędzy kadłubami okrętów zakotwiczonych w basenie wewnętrznym, „Rybitwa” wypłynęła na swobodniejsze trochę wody awanportu.

— Nie widzę „Królewny Hanki” — zauważył Warmski z odcieniem zniecierpliwienia.