— Stoi opodal łamacza fal, prawie u wylotu przedporcia — uspokoił go Sowa.

— „Brunhilda” gotuje się znać do odjazdu — rzekł kapitan w czasie mijania pięknego, pasażerskiego parowca. — Podjęła sygnał: „Blue Peter226”.

I wskazał Sowie na wielką, granatową flagę z białym prostokątem w pośrodku wywieszoną na maszcie przednim.

— Jutro nad ranem podnoszą kotwice — Abfahrt nach Hamburg227.

Lecz Warmski już go nie słuchał; uwagę jego pochłonął zupełnie tak znany mu, tak drogi kontur statku, który nagle wyłonił się przed nimi w perspektywie portowego ujścia.

— „Hanka”! — szepnął, wybiegając jej na spotkanie duszą i oczyma. — Moja królewna.

W odległości zaledwie kilku kabli pląsała śliczna, dwumasztowa brygoleta. Warmski nie widział jej od dnia wyjazdu na manewry, tj. od trzech tygodni; od dziś rana aż do tej późnej, wieczornej godziny nie miał ani chwili czasu wolnego, by wpaść choć na moment na pokład ukochanego statku i przywitać się z nim po dniach rozłąki.

Lecz oto dotarli już pod lewą burtę. Przy blasku sygnałowej latarni spływającym czerwoną strugą ze szczytu grotmasztu spuszczono ku szalupie sznurową drabinkę. Kapitan wbiegł pierwszy i z bijącym sercem stanął na pokładzie. Przywitał go serdeczny okrzyk załogi.

— Dobry wieczór, chłopcy! — pozdrowił ich, odpowiadając na ukłon.

Starszy mat zdał raport dzienny.