— Karabiny w pogotowiu? — zapytał Warmski i odruchowo skierował spojrzenie za rufę, he-hen poza klin południowego mola. — Będziemy mieli dziś jeszcze przed północą małą przeprawę z kilku drapichrustami.
— Wedle rozkazu, panie inspektorze! — meldował Sowa, który tymczasem też przesadził burtę. — Wszystko w porządku.
— Szalupę na szlupliny i podciągnąć! — zakomenderował Warmski, z lubością wdychający już atmosferę statku.
Zawirowała korba windy i w mig „Rybitwa” zawieszona na szlupbelkach zakołysała się nad pokładem.
— Spuścić motorówkę! — zabrzmiał nowy rozkaz. — Dziesięciu ludzi z bosmanem Sową za mną! Broń w pogotowiu. Milczenie bezwzględne! Ślepe latarki licami ku sobie! Motor w ruch! A wy tam, na pokładzie podwoić czujność! Możecie spodziewać się nas za dwie godziny. Jazda!
Zawarczał silnik, zakołowały młyńcem skrzydła śruby i łódź pomknęła w ciemność. Warmski z przyjemnością studiował postawę swych zuchów, z satysfakcją wodza wyczuwał w nich głód przygody; gdzie spojrzał, twarze zdecydowane, oczy czujne a zawzięte, rozdęte oczekiwaniem walki, wietrzące awanturę chrapy.
Tymczasem łódź ślizgała się po fali i parła dziobem w strefę zatoki południową, poza wyimkami portu.
Dookoła robiło się coraz puściej, coraz rzadziej spotykano nocujące statki. Przejechali mimo ostatnią latarnię na samym cyplu mola, rozminęli się w drodze z pływającym żurawiem, „Turoniem”, który po całodziennej pracy wracał na zasłużony spoczynek i zaczęli wkręcać się w połać zatoki między tamą a Kamienną Górą. Wtedy znienacka otuliła ich gęsta mgła.
— Zwolnić tempo! — zakomenderował półgłosem Sowa. — Oni są tu już gdzieś w pobliżu.
— Łajdaki! — dodał, pochylając się do ucha kapitana. — Umyślnie pogasili sygnały, by ich nie wytropić! Według mych kalkulacji powinniśmy już teraz byli dostrzec czerwone światło z bakortu.