W tej chwili ogromny, czarny kontur wysiąkł z kotłowiska mgły w odległości zaledwie kilku metrów. Łódź zawirowała gwałtownie i dzięki przytomności sternika uniknąwszy katastrofy, ustawiła się w tor równoległy do okazałego towarzysza.

— Oni! — szepnął bosman. — Całe szczęście, że nas nie spostrzegli.

— Zatrzymać motor! — rozkazał Warmski. — Wiosła w ruch!

Na pokładzie „Esperanzy” nikt nie zdawał się zwracać uwagi na to, co się dzieje pod jego bokiem, za lewą burtą; biała jak mleko, z minuty na minutę gęstniejąca mraka przesłaniała im widok na najbliższe otoczenie; zresztą załoga statku, jak wkrótce wywęszył Sowa, czyniła gorączkowe przygotowania do odjazdu.

— Stali na kotwicy gęsiego — informował kapitana przytłumionym głosem bosman — teraz widzę, wciągnęli już do kluzy oba koty i zabierają się do podniesienia kotwicy głównej. Za chwilę będzie bratszpil228 w robocie. Przedtem jednak złożymy im wizytę. Czas już dać im znać o sobie.

— Chwilkę jeszcze, panie kapitanie — wstrzymał go Sowa i uśmiechnął się chytrze. — Mam pomysł; trochę może ryzykowny, lecz jeśli się powiedzie, lepszy od oficjalnego wpraszania się na pokład. Podpłyńmy na wszelki wypadek do łańcucha kotwicznego.

Warmski oparł mu rękę na ramieniu.

— Czyś oszalał, stary? — zapytał, patrząc mu bystro w oczy. — Chciałżebyś229 tą drogą?

Bosmanowi błysnęły w odpowiedź dwa rzędy białych, drapieżnych zębów.

— Nie pierwszyzna mi to, panie kapitanie. Zresztą lubię ryzykanckie kawały.