Tu ksieni wyciągnęła ramiona ku niebu, jakby oczekując stamtąd gromu. Lecz grom nie uderzył. Wiły się tylko oślepiające wstęgi błyskawic i ryczało morze. Więc znów podjęła modlitwę:

— A jeśli na nic tu moje życie, na nic męka Beaty i nie chcesz przyjąć ofiary podstawienia, to jego, Panie, ukarz, jego, sprawcę zamętu! Tylko nie pozwól na ponowny upadek, nie dopuść pohańbienia. Bo ona niewinna, Panie! Za cóż karać bezbronnego gołębia?

Piekielny łomot przerwał jej słowa. Przeciągła, błękitna szarfa rozdarła kiry nocy za oknem i przy jej blasku ujrzała przeorysza na morzu jakiś statek borykający się z rozwścieczoną falą. Przechylone na burtę maszty ze szczątkami żagli dotykały niemal powierzchni wody, pozrywane doszczętnie wanty i forduny śmigały w powietrzu jak olbrzymie, dzikie lassa. Wtem okręt wyprostował się; odskoczyły w górę elastyczne drzewca foku i grotu, wynurzył się z topieli zalany bakort i na wyżce ukazała się postać mnicha. Patrząc w stronę klasztoru, powoli zbliżał się ku krawędzi burty i nagle skoczył w morze. Zgasło upiorne światło i znów nieprzeniknione kiry zaciągnęły przestwór. Wtedy odezwał się przewlekły, spiżowy jęk dzwonu.

— Panie — szepnęła w przeczuciu wielkiej chwili przeorysza — czyżby dzwon ten wybijał moją godzinę? Czyżbyś przyjął ofiarę z mojego życia?

W tej chwili nowa błyskawica wstrząsnęła złożami nocy i odsłonił się dziwny obraz.

Z wieżycy klasztornej niesiony tchem wichrów leciał ku morzu złowróżbny dzwon; rozchybotane jego serce biło na trwogę, tłukło okresy na alarm — wielki alarm śmierci. A gdy dosięgnął morza i runął w jego odmęty na wieczny spoczynek, nadpłynęła z oddali skromna łódź rybacka przepojona nadziemską światłością. A szła jasność owa od słodkiej postaci Żeglarza, który stojąc w pośrodku botu, kładł ręce na grzywach fal i koił ich gniewy; i pod dotknięciem tych rąk dobrych czyniła się wokół łodzi cisza, szła kręgami w dal i wygładzała morze. A gdy nadjechał cudowny korab na to miejsce, w którym zatonął dzwon, wyciągnął Wielki Żeglarz rękę ku ogromnej, czarnej fali, co szła ku Niemu, potrząsając groźnie grzywą. I rozpękła się fala i wyrzuciła z wnętrza swego pół rybę a pół człowieka w mniszym habicie. Stwór dźwignął się z wodnej pościeli ponury i posępny i nie śmiał Panu spojrzeć w twarz. Ale gdy On nie cofał swej ręki, lecz wciąż podawał mu ją przyjaźnie, uchwycił się jej jak niebieskiej kotwicy, przedostał za burtę i rzuciwszy się na dno łodzi, objął w pokorze stopy Wielkiego Rybaka. A On uśmiechnięty słodko, cały w blaskach i jasności położył mu dłoń na głowie i spojrzał w niebo...

Przeniknięta do głębi, wstrząsana dreszczami ekstazy matka Anastazja straciła przytomność.


Nad ranem, o pierwszym świtaniu wyszła z oratorium siostra Agnieszka. Chwiała się co krok i zataczała na nogach z wyczerpania po bezsennej nocy. Wokół niej panowała cisza uśpienia. Wzdłuż ścian korytarza snuły się szare cienie nocy i skwapliwie wciskały w zaułki i kąty. Poranny chłód wnętrza przenikał przez habit i dojmował do kości. W powietrzu pachniało mirrą i kadzidłem...

Była już pod kolumnadą krużganka. Z bijącym sercem spojrzała na taras... Był pusty; tylko tu i tam na marmurowych taflach posadzki bielały kępy szumów i pian wychlustanych nocą przez burzę. Po ołowianym niebie niby ostatnie wspomnienia sztormu przerzucały się ciężkie, rozczochrane chmury, na morzu cichym już i ukojonym wędrowała mała, lekko pomierzwiona fala...