Przy wrótni9 spomiędzy czaharów10 przed chatą człek widniał młody, urodziwy i bystro poglądał na gościniec. Snać11 niespokojny mocno i nieswój, bo bez postanku12 odwracał oczy ku zagrodzie, co spoza drzew bielała i znów wylękły wzrok wlókł spopielałym kurzawą traktem.
Wyglądał kogoś — ponoć niestęskniony gościa.
Odbywał stróżę13 na przeklętych czatach przed rodzicem własnym, przed ojcową sadybą, bo brat młodszy z macochą się w chacie sparzyli w duszną godzinę zachodu, w poblaskach łuny wieczora.
Więc strzegł ich przed ojcem postawion14 na straży u wschodu, gdy się stary przed świtem na kiermasz wybrali15.
Czuwał, by ich przestrzec, gdy będzie powracał w obejście, niosąc korale, okrajce dla Halszki nowożonki, dla synów niedzielne przyodziewy16.
A miał wrócić o zmroku drogą, co hań się wije ku miastu.
Przyczaił się Wonton, przywarł do ziemi, strażując kazirodczej miłości. Bo taka wola Ostapa, młodszego brata.
Dziwnie przemożną miał władę17, że nie lza18 się było Wontonowi przed nią uchylić, swobodną piersią odetchnąć. I nie byłoć to miłowanie braterskie, serdeczne. — Bogać tam! — Jeno się go bał czegoś19 okrutnie i truchlał na jadowity błysk tych źrenic ciemnych, migotliwych niesamowitym żarem. Chmurzyła się w nich dzika moc i skuwała mu wolę, że ni kroku nie ważył postąpić.
Wonton miał serce śmiałe, nieulękłe na śmierć i przygodę i niejednemu by dogodził: mocny był, w barach rozłogi20, śmigły21 — nie byle kogo się uląkł. Przecież gdy Ostap, wpoiwszy weń połyskliwe swe ślepia, cichym a przykazującym głosem coś mu prawił22, słuchał, przystając23 mimo woli. Nieraz bywało, nie ma go parę niedziel24 doma25, zwyczajnie na zarobkach — myślałbyś, że się trocha26 odetchnie, spod ciężkiej ręki wychynie27... Darmo! Wonton nie śmiał przeciwić się bratu ni tym pomyśleniem marnym, co w tajni dusznej się nurza, zakryte mglicą, roztratne, ni tą płochą chęcią.
Przeczże28?... Dlaczego?...