Tak i rozgorzeli oboje...
A dziś sprzęgli się tam w chacie, w komorze: wieczór bo był42 jakiś dziwny, pobudny, więc nie zdzierżyli43 parnoty...
Pod czas44 strażował Wonton przy wierzejach.
Naraz mróz go zajął po pacierzu45. Zdało mu się, że ktoś zaszedł w obejście z zatyla, furtą od sadu, tam gdzie się łan poczyna. Skoczył gromem46, by zajrzeć.
Błażej to był, co znienacka miedzą ugorową powrócił z miasta, wybrawszy dłuższą nad zwyczaj drogę: sąsiada odprowadzał, więc mu się i zboczyło. Ręką już imał47 skobli.
— Ojciec poczkajcie no, coś wam rzeknę!
Obejrzał się na Wontona i nagle jakoś mu z niedowierza łysło w oczach:
— A to stanie nam czasu i na potem...
I już nie zważając pchnął przed się dźwirze...
Zajrzał w głąb...