— Za pozwoleniem — wstrzymałem go gestem — nie miałem zamiaru częstować cię. Za mało się znamy.

I zapaliwszy sam, schowałem papierośnicę do kieszeni.

— Obejdzie się — odburknął upokorzony. — Mam własne lepsze.

I wydobywszy z zanadrza misternie emaliowane turkusem puzderko wypełnione szczelnie dwoma szeregami papierosów, wyjął jeden i zapalił. Przez chwilę milczeliśmy, zaciągając się dymem tytoniowym. Przerwałem pierwszy milczenie:

— Czy nigdy przedtem nie zapadałeś w sen, który trwał dłużej niż u innych ludzi?

Pytanie wydało mu się śmieszne.

— He, he, he! Nigdy. Niby dlaczego? Przeciwnie: śpię nieraz krócej niż inni. Bywało, letnią porą czasem noc całą człek oka nie zmruży przy robocie.

— No tak. Zostawmy to... A czy od czasu tej przygody na moście nie przytrafiło ci się ani razu coś podobnego do tego, co ci się zdarzyło przed dwoma laty?

— Nie wiem, o co panu właściwie idzie.

— Czy ani razu nie zdawało ci się w ciągu ubiegłego miesiąca po przebudzeniu ze snu, że wędrowałeś gdzieś w obcych stronach?