W parę miesięcy po śmierci Rangitatau w jasną, księżycową noc obudziło Atahualpę ze snu ciche łkanie Itobi. Przytulona do jego ramienia płakała rzewnie jak dziecko.
— Co ci to, Itobi? Czy ci się przyśniła nieboszczka matka?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
— Czy jesteś chora?
Podniosła ku niemu twarz zalaną łzami.
— Miałam zły sen, Atahualpo, bardzo zły sen. Śniło mi się, że nad brzegiem morza wśród skał siedziała w skwarze południa moja przyjaciółka Rumi. Nagle z jednej z pieczar nadbrzeżnych wyszedł piękny młodzieniec i posiadł kapłankę. I stało się, że z nasienia mężczyzny poczęło się w jej łonie dziecię, które teraz dźwiga pod sercem i którego narodziny okryją hańbą chram i jego strażniczkę. Bo nie godzi się stróżce ognia wieczystego łączyć się z mężem i płodzić dzieci. Dlatego we śnie zjawiła mi się bogini Pele i kazała wypruć płód hańbiący z brzucha Rumi. Oto dlaczego płaczę, Atahualpo. Serce mi krwawi na myśl, że muszę spełnić rozkaz okrutnej bogini.
Peterson zaśmiał się beztroskliwie.
— Ależ to brednie wierutne, Itobi! Któż by troszczył się o sen?
Spojrzała surowo na męża.
— Sen nigdy nie kłamie i to, co w nim nakazują boginie czy duchy, musi spełnić śpiący, choćby dusza jego wzdrygnęła się przed tym całą swą istnością. Człowiek odpowiada za grzech popełniony we śnie nawet wtedy, gdy śni o tym jego występku ktoś inny. W snach objawia się każdemu z nas wola jego geniusza opiekuńczego, jego totemu. Rumi jest brzemienna, dziecię poczęte w jej łonie musi zginąć z mej ręki. Przeklęta moja dola! Bodajbym nigdy nie była przyszła na ten świat!