— Skąd ten pośpiech? Czy panom tak źle u mnie? Zjemy wpierw razem małą kolacyjkę, a potem poślę Mariannę po auto. Tylko bardzo proszę! Nie oponować, doktorze! Dziś ja biorę pana Janka pod kuratelę. Jesteście panowie w moim domu.
Uśmiech, którym poparła te słowa, był tak ujmujący, że rozbroił nawet stanowczego doktora. Zastali na kolacji. Gniewosz jadł z apetytem, posługując się wyłącznie lewą ręką, bo prawa trochę mu jeszcze dokuczała. Mówił mało, zajęty obserwowaniem pani domu i jej otoczenia. W połowie wieczerzy weszła służąca z listem do Przysłuckiego. Doktór zdziwił się.
— I tu mnie znaleźli! Ciekaw jestem bardzo, od kogo.
Rozdarł kopertę i szybko przeczytał pismo.
— Muszę natychmiast jechać — rzekł, powstając od stołu. — To od Będzińskiego. Jestem mu w tej chwili niezbędnie potrzebny. Panie Janku, wyruszamy! Szanowna pani wybaczy, że tak w połowie kolacji...
Gniewosz niechętnie odsunął już krzesło. Inżynierowa położyła mu łagodnie, lecz stanowczo rękę na ramieniu.
— Za pozwoleniem, panie doktorze. Pana Gniewosza zatrzymam jeszcze przez chwilę. Obowiązkiem przynajmniej jednego z panów jest dotrzymać mi towarzystwa do końca. Zresztą pan Janek wygląda mi jeszcze jakiś blady i musi jeszcze trochę wypocząć. Odstawię go sama panom na miejsce.
Po krótkim wahaniu lekarz ustąpił i odjechał sam. Gdy Śląska wróciła z przedpokoju do jadalni, zastała Gniewosza przed portretem męża zawieszonym na ścianie pod oknem.
— Piękny mężczyzna — mówił zamyślony. — I szczęśliwy — dodał, patrząc jej głęboko w oczy.
Uśmiechnęła się z goryczą.