Wziął do ręki księżycowo-błękitną książeczkę.
— Gałąź kwitnąca. Zna pani te poezje, Krystyno?
— Czy je znam? To był nasz ukochany poeta. Czytywaliśmy go zawsze wspólnie. Po raz ostatni wieczorem w wigilię śmierci męża. Późno w noc, jakby w przeczuciu zbliżającego się rozstania na zawsze, deklamował mi mąż Willę samotną, to małe arcydzieło liryki nastrojowej, w którym wibruje smutek jesiennych skonów.
Gniewosz podał jej otwartą książkę. Rzuciła okiem na kartę i pobladła.
— Tak — to ten wiersz. Dzisiejszy wieczór jest jak sen dziwny. Tracę powoli poczucie rzeczywistości... Proszę podać mi rękę.
Otoczył ją łagodnie ramieniem i patrząc w ogród oblany szczodrotą konającego już słońca, zaczął odtwarzać słowa poety głosem cichym, do głębi wzruszonym:
Cień, co na miłość naszą padł wieczną żałobą,
Był dawno w mym przeczuciu. Pomnisz: szedłem z Tobą
Wzdłuż muru, zza którego słodko się wychyla
Tonąca wśród jaśminów i róż biała willa,