Ogród tchnął upojeniem. Tęsknotą wiedziona

Dłoń ma bezwiednie pchnęła wrota i... opadła,

Wrota zamknięte były. I twarz Ci pobladła,

Bo i Ty może wtedy odgadłaś to samo:

Że obalony posąg Hermesa, co plamą

Na murawie wśród zmierzchu bielał, jak płat śniegu,

Był jak poseł miłości pogodnej, co w biegu,

Chcąc wrota nam otworzyć, runął, jak kwiat ścięty,

U bramy zostawiwszy nas szczęścia — zamkniętej.

Ostatnie słowa wiersza odpłynęły w przestrzeń z ostatnim, pożegnalnym promieniem odchodzącego słońca. Na niebie paliła się wieczorna zorza, do pokoju wlewał się zmrok. Gdzieś w krzewach jaśminu załkał pierwszy słowik...