W milczeniu zeszli do ogrodu. Wszystko zdało się cudownym powtórzeniem czegoś, co było przed laty, każdy krok na krętych, wijących się ścieżkach, pomiędzy klombami echem dalekiej w przeszłości przechadzki. Tak doszli do altany. Tu wyznał jej swą miłość. Bez słowa podała mu swe słodkie usta i nie broniła przed pieszczotą warg swych piersi. Gdy wychodzili z chłodnika, była już gwiaździsta noc. Bocznymi drzwiami od ogrodu weszli do wnętrza willi.
— Do Będzińskiego już nie wrócisz — powiedziała stanowczo. — Zostaniesz u mnie, a jutro rano wyjeżdżamy za granicę.
— Najdroższa — oponował słabo — nie chcę ci być ciężarem. Jestem człowiekiem bez stanowiska.
Przerwała mu niecierpliwie:
— Ależ to wszystko — to drobiazgi wobec naszej miłości. O środki materialne nie potrzebujesz się troszczyć. Mam majątek. Zresztą uzupełnisz swe wykształcenie za granicą i po kilku latach wybierzesz sobie zawód. Teraz rzeczą dla nas najważniejszą wyjechać stąd jak najprędzej.
Przycisnął do ust jej rękę.
— Czym zasłużyłem sobie na tyle dobroci, Krystyno?
— Kocham.
A potem przyszła noc szału. Nad ranem Gniewosz zapadł w stan podobny do transu. Znieruchomiał, oczy nabrały szklanego wyrazu i sztywny, bezwładny, jakby zastygł w jej uścisku. Patrzyła bezradnie na piękne młodzieńcze ciało, które przed chwilą jeszcze drżało spazmem rozkoszy i darzyło ją słodyczą męskich pieszczot.
Wtem uczuła na twarzy chłodny powiew i ujrzała nad sobą mglistą postać drugiego mężczyzny.