— Kto tu? — usłyszała głos swój obcy jakiś i zdławiony. — Kto tu?

Twarz widma rozjaśnił dobry, serdeczny uśmiech. Poznała go.

— Władku, wybacz mi! — jęknęła i zakryła twarz przed jego jasnym spojrzeniem.

I wtedy usłyszała głos jego cichy jak dawniej, łagodny:

— Bądź spokojna, Krystyno. Nie złamałaś mi wiary. Tym, którego trzymałaś tej nocy w objęciach, ja byłem. Bo zrządzeniem sił wyższych danym mi było wkrótce po mej śmierci wcielić się w kształt nowy — w to ciało młodzieńcze, które teraz na chwilę opuściłem, by w postaci dawnej odsłonić ci tajemnicę naszej powtórnej miłości.

Głos zamilkł, a gdy podniosła znów oczy, widma już nie było. W szarych blaskach zarania wdzierającego się do sypialni przez zapuszczone żaluzje wyczuła natomiast płomienne spojrzenie Gniewosza.

— Mężu mój!

I rzuciła się w wyciągnięte ku sobie ramiona.

Koło siódmej rano ubrali się i przez werandę wyszli z domu. Przed furtą ogrodową pożegnali ostatnim spojrzeniem willę, przybytek swej miłości, park, klomby i altanę, świadków swego szczęścia.

— Chodźmy już stąd! — rzekła zdławionym przez łkanie głosem. — Spóźnimy pociąg. Chodźmy już, Janku.