Gdy stał jak urzeczony, przemocą odciągnęła go od zaczarowanego miejsca. Wyszli na ulicę. Gdy zatrzaskiwał furtę od ogrodu, zdawało mu się, że zamykają za sobą na wieki bramy swego szczęścia...

Poranek był mglisty. Szare zwoje oparów kłębiły się w powietrzu i przesłaniały widok. Nie rozróżniało się drzew od latarń na parę kroków. Cicha jak zwykle ulica Leśna pogrążona była w bezwzględnej martwocie.

W ciągu pierwszych kilku minut nie spotkali ani jednego przechodnia. Tak doszli do najbliższej przecznicy. Wtem na zakręcie rozpruł ciszę ostrzegawczy odzew auta. Krystyna chciała cofnąć się na chodnik, lecz potknąwszy się o krawężnik, upadła. Gniewosz pochylił się i wyciągnął po nią ręce. Lecz było już za późno. Coś nieubłaganego jak pięść przeznaczenia odtrąciło go od niej na parę metrów. Rozległ się krótki, przeszywający serce krzyk i czarna masa pojazdu, spełniwszy okrutne swe zadanie, zanurzyła się z powrotem w mgłę...

W kwadrans później ktoś donosił dzielnicowemu komisariatowi policji, że u skrzyżowania ulic Leśnej i Wesołej leży w kałuży krwi dwoje ludzi. Ciało kobiety, straszliwie pokaleczone, sprawiało wrażenie zwłok — mężczyzna dawał oznaki życia.

Bunt

Przez sześć tygodni Gniewosz pasował się ze śmiercią. Szanse zwycięstwa były tym słabsze, że w walce tej brał udział tylko organizm. Dusza ogłuszona obuchem nieszczęścia stała po stronie „nieprzyjaciółki”. Toteż gdy po wielu dniach maligny po raz pierwszy otworzył przytomnie oczy, opanowało go wszechwładne uczucie wstrętu. Obrzydliwa gorycz wypełniała po brzegi całe jestestwo. Spotęgował ją widok otoczenia: jego mieszkanie prywatne w zakładzie Będzińskiego i wszystko, co się z tym dalej wiązało. W końcu zwaliło się na niego lawiną wspomnienie Krystyny. Zaskowyczał z bólu.

Potem potoczyły się szaropylne gościńce miesięcy, dni, godzin, monotonne litanie powszedniości przesiewane przez nudę w przetaku życia. Jedyną namiętnością stały się wędrówki na cmentarz, na jej grób, i długie, samotne przechadzki po ulicy Leśnej. Po powrocie z nich, gdy go nikt nie mógł słyszeć, wybuchał głośnym, nieutulonym płaczem dziecka. To mu przynosiło ulgę. — Nazajutrz rzucał się do gorączkowej pracy, studiował wiedzę techniczną, uzupełniał dostrzeżone w sobie braki, przygotowywał elaboraty, rysunki. Tak było do południa. Potem energia wyczerpywała się i załamany w sobie Gniewosz opuszczał ręce.

Będziński niechętnie patrzył na to wszystko. Wietrzył objawy buntu przeciw sobie i chęć usamodzielnienia się. I miał rację. Po przezwyciężeniu apatii życie uczuciowe Gniewosza nieznacznie ześrodkowało się w dwóch punktach: w kulcie dla zmarłej i w żądzy wyemancypowania się spod wpływów „dobrodzieja i opiekuna”. Stosunki między nimi w tym czasie znacznie oziębły. Tym bardziej że w mediumizmie Janka nastąpił okres wyraźnej stagnacji, którą Będziński przypisywał „fatalnemu wpływowi idiotyczno-miłosnej awantury z tą egzaltowaną śp. Śląską”.

Lecz z Gniewoszem nie zamienił na ten temat ani słowa, jak gdyby tragiczny wypadek dla niego nie istniał. To uporczywe przemilczanie, to chłodne ignorowanie jego uczuć dotknęło Gniewosza najbardziej. Zaczął nienawidzić doktora i jego eksperymentów, bo stały mu się synonimem oków nałożonych na jego młode życie. Z czasem dostrzegł poza swym „impresario” i opiekunem w jednej osobie kryjące się moce zaświatów, które wybrały sobie jego, Jana Gniewosza, za narzędzie do swych ciemnych, często kapryśnych, nieraz groteskowych celów. One to zdawały się kierować jego losem i ilekroć próbował wyzwolić się spod ich wpływu i pójść po linii własnych uczuć i pragnień, zawracały go z drogi i przypominały mu „właściwe” jego zadania i obowiązki. Dwukrotnie już dały mu odczuć swą wolę: raz, odsuwając od niego córkę ogrodnika, po raz wtóry, niszcząc brutalnie bezcenne życie Krystyny.

Tak mu się teraz przedstawiało jego dotychczasowe życie obserwowane w perspektywie ubiegłych lat dwudziestu sześciu. Po dotarciu do tej koncepcji Gniewosz zdecydował się na nieubłaganą walkę z zaświatem. Musiał choćby za cenę życia zrzucić z siebie nienawistne pęta i przestać być niewolnikiem. Przeczucie mówiło wprawdzie, że będzie to walka z własnym przeznaczeniem, lecz się nie uląkł. Wolał zginąć, niż odgrywać rolę łątki przesuwanej palcami chimerycznych jaźni. Zresztą mógł zwyciężyć. Wierzył w możliwość przełamania losu przez silne napięcie woli.