Przede wszystkim należało ustalić metody i sposoby. Z lektury o mediumizmie i skąpych, ale znamiennych półsłówek Będzińskiego dowiedział się, że najskuteczniejszym środkiem osłabiającym rozwój mediumicznych właściwości są częste stosunki płciowe oraz — wytężony, zużywający dużo energii, zarówno psychicznej jak fizycznej, tryb życia. Pierwszy z tych środków był dla niego w tym czasie niedostępny. Tęsknota za zmarłą i kult jej pamięci wykluczały nawet myśli o charakterze seksualnym. Pozostawał środek drugi, którego uchwycił się z zapamiętaniem fanatyka.

Ponieważ w związku z emancypacją duchową pozostawało uniezależnienie się materialne od doktora, musiał Gniewosz wszelkimi siłami dążyć do zdobycia samodzielnego stanowiska i jakiejś pozycji społecznej. Nie chcąc używać do tego celu pieniędzy opiekuna, postarał się o lekcje na mieście. Z funduszów w ten sposób uzyskanych zaopatrzył się w niezbędne do studiów książki i podręczniki. Jeżeli na razie nie wyprowadził się z zakładu doktora, czynił to tylko ze względu na „obowiązek wdzięczności”. Za doznane w latach poprzednich „dobrodziejstwa” rewanżował się w dalszym ciągu, oddając mu do dyspozycji eksperymentalnej swe zdolności mediumiczne. W ogóle Gniewosz lubiał sytuacje jasne i wyraźne i w tej sprawie miał sumienie zupełnie spokojne.

Lecz i Będziński nie próżnował. Gorączkowe studia i egzaltowany kult dla zmarłej nie uszły jego uwagi, a że osłabiały widocznie sprawność mediumiczną Janka, musiał im przeciwdziałać: postanowił teraz zrealizować dawniej już powzięty plan i wywieźć go za granicę. Zmiana otoczenia, wrażenia i sensacje podróżnicze miały doprowadzić jaźń pupila do radykalnego zwrotu. Doktór spodziewał się, że dopiero tam „wszystkie sentymentalne mrzonki i marzenia o emancypacji wywietrzeją mu z głowy”.

Lecz i tu spotkał się ze stanowczym oporem. Gniewosz kategorycznie oświadczył, że nie wyjedzie. Przyszło do gwałtownej sceny. Padły słowa mocne, rozstrzygające. W rezultacie Gniewosz tegoż jeszcze dnia rozstał się z Będzińskim na zawsze i zamieszkał w pokoiku na poddaszu domu przy ulicy Ścieżkowej, w odległej, świeżo włączonej do miasta dzielnicy, a w bliskim sąsiedztwie z ulicą Leśną.

Zerwanie stosunków z doktorem przypadło na końcowe stadium jego studiów na technice. W parę dni potem Gniewosz zdał pierwszy egzamin inżynierski i objął skromną posadę w fabryce maszyn. Po raz pierwszy od dwóch lat odetchnął pełną piersią. Stanął nareszcie „na własnych nogach”.

Odtąd intensywna praca w fabryce wypełniała mu szczelnie godziny poranne aż do obiadu. Popołudnia poświęcał Krystynie. — Spędzał je częścią na Powązkach, u jej mogiły, częścią na przechadzkach w okolicy willi przy Leśnej. Zwłaszcza te przechadzki miały niewysłowiony urok.

Cicha, samotna ulica ujęta w ramiona alei lipowej przeistaczała się w kaplicę wspomnień. Tu spoza krat żelaznych sztachet, krzyżowej plecionki siatek przeglądały zadumane wnętrza ogrodów, frontony will — tam z muru spływały w bezwładzie welony bluszczu przetkane warkoczami róż, ówdzie wystrzelał spoza furty gromnicą smutku cyprys. Wieczorne słońce rzucało na zakątek melancholijny uśmiech rozstania lub rozżagwione na szybach okien i werand święciło przedzgonne swe gody. Po chodnikach, ogrodowych drożynach, po ścianach will i murach czołgały się cienie. Nadchodził zmierzch.

Gniewosz zatrzymywał się przed furtką jej willi i patrzył w głąb: na zgłuszony zielskiem ogród, spętaną dzikim winem altanę i senny, szklanym spojrzeniem szyb spoglądający dom. Nikt nie wychodził mu stamtąd na spotkanie. Zaklęte czarem smutku wnętrze puste było i nie zamieszkane. I gdy z sąsiednich will padały światła lamp i dochodziły głosy wieczornego życia, dom Krystyny trwał w zmroku i zapomnieniu. Późno w noc wracał Gniewosz na swoje poddasze...

Tak upłynęły dalsze dwa lata. Zbliżał się wiek męski. Ból po utracie Krystyny ścichł, ukoił się i przeszedł w stadium mgłą melancholii zasnutych wspomnień. W tym czasie Gniewosz ukończył w pełni swe studia i otrzymał dyplom inżynierski. W fabryce podniesiono mu gażę i powierzono stanowisko odpowiedzialne. Wyrobił sobie opinię dzielnego pracownika.

Od dociekań nad mediumizmem stronił jak od zarazy, a swoje własne zdolności w tym kierunku ukrywał jak najstaranniej, pragnąc, by ludzie o nich zapomnieli. Niestety było wielu takich, co pamiętali. I ci nie dali mu spokoju. Jak przed sforą psów musiał opędzać się przed ustawicznymi zakusami rozmaitych mediumistów zawodowych i amatorów z bożej łaski, którzy ofiarowywali mu znaczne sumy, byle tylko pozyskać go dla eksperymentów. Przeczuwał, że wśród tych natrętów byli emisariusze Będzińskiego, i tym energiczniej odrzucał wszelkie oferty.