Trudniejsza była walka z własnym ustrojem psychofizycznym — z tym, co nazywał swoim przeznaczeniem organicznym. Niezależnie od swej woli zapadał inżynier od czasu do czasu w trans. Szczęściem wyczuwał zapowiadające go symptomy i zawsze w porę umiał usunąć się sprzed ludzkich oczu. Fenomeny najczęściej rozwijały się bez współudziału widowni. A o to mu głównie chodziło. Nie miał w sobie nic z aktorskich ambicji tzw. mediów zawodowych. Sprawiało mu też złośliwą radość to, że dzięki tym środkom ostrożności krzyżował plany zaświatowych jaźni i nie dawał im użyć się za pośrednika między tym a tamtym brzegiem. Bo powstawanie fantomów z jego teleplazmy tłumaczył sobie w przeważnej ilości wypadków czynną interwencją inteligencji bezcielesnych.
Mimo to widocznie pewne objawy jego mediumizmu przedostawały się od czasu do czasu do wiadomości „kochanych bliźnich”, bo nieraz po kryzysie transowym podchwytywał niejedno spojrzenie brzemienne ciekawością z domieszką nabożnego strachu.
Wtedy jeszcze bardziej zacinał się w oporze i poprzysięgał sobie, że na przyszłość podwoi czujność. Niewątpliwie najskuteczniejszym środkiem był wyjazd do innej miejscowości, gdzie byłby osobistością mniej znaną. Lecz na to Gniewosz nie mógł się zdecydować. Przykuwały go do miejsca grób i dom Krystyny. Wycieczki na cmentarz i przechadzki po Leśnej były czymś nieodzownym, weszły w krew i stały się „drugą naturą”. Nie wyobrażał sobie życia bez nich. Głęboki liryzm wiązał duszę marzyciela z dziedziną wspomnień i pamiątek.
W któreś jesienne popołudnie zauważył, że nie jest jedynym miłośnikiem spacerów po samotnej ulicy. Chodnikiem po przeciwnej stronie jezdni przechadzała się młoda jasnowłosa dziewczyna w żałobnej sukience. Obecność jej rozdrażniła go.
Pewnie jakaś miłosna schadzka — pomyślał, obrzucając ją niechętnym spojrzeniem. — Nie mogła też wybrać sobie innego miejsca!
Rendez-vous na ulicy Leśnej uważał za profanację. Lecz zaintrygowała go twarz jej szlachetna, poważna, nacechowana smutkiem. Postanowił sprawdzić swój domysłi ukradkiem zaczął obserwować. Przeszła aleję lip, wzdłuż aż do wylotu, zawróciła i znów tym samym, powolnym, choć pełnym dziewczęcego wdzięku krokiem przemierzyła tę samą przestrzeń w kierunku przeciwnym, aż do skrzyżowania Leśnej ze Ścieżkową.
Czeka na kawalera — utwierdzał się w swych przypuszczeniach inżynier. — Jakiś niepunktualny niecnota!
Minęła godzina, dwie — panienka nie odchodziła. Twarz jej nie zdradzała ani cienia zdenerwowania. Cicha i smutna przesuwała się jak geniusz żałoby pomiędzy żółkniejącymi już pierzejami drzew. Aż gdy zaczął zapadać zmierzch, zapuściła czarną, gęstą woalkę i powoli odeszła w stronę miasta.
Nieudała schadzka — określił sytuację Gniewosz. — Lecz prawdę mówiąc, żal mi jej trochę. Ten jej partner — to albo łotr skończony, albo idiota. Tyle godzin dać czekać na próżno dziewczynie.
I rzuciwszy pożegnalne spojrzenie na willę Krystyny, powlókł się zamyślony w kierunku Ścieżkowej.