Nazajutrz powtórzyło się to samo. Uprzedziła go nawet. Gdy przyszedł na Leśną, już ją zastał po przeciwległej stronie ulicy. I tym razem nikt jej nie towarzyszył ani nie przyłączył się później. Odeszła, jak wczoraj, przed nastaniem zmroku.

— Może to obłąkana? — Ciekaw jestem, czy i ona mnie zauważyła?

Zainteresowanie dla dziewczyny w żałobie wzrastało z dniem każdym. Niezmiennie o godzinie trzeciej po południu zjawiała się w alei i nie schodziła z placówki aż do zachodu. Nie odstraszały jej jesienne, dżdżem opiłe szarugi, rozszlochane jękiem wichru, ociekłe mgła — nie zniechęciły zimowe zawieje, jadowite mrozem, kurzące zamiecią. Przychodziła codziennie.

Gniewosz tak przyzwyczaił się do widywania jej po tamtej stronie ulicy, że gdy pod koniec zimy przez parę dni nie przyszła, ze zdumieniem zauważył, że mu jej brakuje. Teraz już stanowiła smukła, wytworna postać „żałobnicy” integralną część świętego zakątka, włączoną w jego całokształt jako jeden z nastrojowych motywów. Inżynier miał żal do niej za tę kilkudniową nieobecność i omal nie powitał jej z radością, gdy po tygodniowej przerwie ujrzał znów zbliżającą się z perspektywy alei. W porę opanował odruch i zawstydzony opuścił rękę podniesioną już ku kapeluszowi.

Przeszła drugą stroną cicha i zamyślona. Wydała mu się dziś bledszą i wychudłą.

— Przechorowała się biedaczka nie na żarty. Ostatnim razem mróz był straszliwy i musiała się wtedy przeziębić.

Poszedł za nią spojrzeniem pełnym współczucia i życzliwości...

Minęła zima i miała się ku schyłkowi wiosna. Panienka w żałobie wciąż odwiedzała ul. Leśną. Pewnego dnia pod koniec czerwca przechadzka jej przeciągnęła się dłużej niż zazwyczaj i chociaż zmrok zasnuwał już ulicę błękitną wstęgą, postać jej wciąż czerniała pomiędzy drzewami. Może zatrzymał ją zapach rozkwitłych świeżo bzów i jaśminu, miodowa woń pylących kwieciem lip?

Wtem usłyszał Gniewosz ciężkie, wlokące się kroki. Jakiś mężczyzna o podejrzanej powierzchowności ukazał się po tamtej stronie ulicy i powoli zbliżał się ku nieznajomej. Dziewczyna po raz pierwszy okazała pewne zdenerwowanie. Rozejrzała się bystro dokoła i nieznacznie zeszła z chodnika na środek jezdni. Podejrzany osobnik zauważył to i poszedł za jej przykładem. Po chwili stał już przy niej i zdjąwszy kapelusz, coś mówił. Odsunęła się i zaczęła uciekać w stronę Wesołej. Napastnik rzucił się za nią w pogoń i wkrótce, chwytając brutalnie za ramię, osadził na miejscu.

Gniewosz w kilku skokach przebył dzielącą ich przestrzeń i jednym uderzeniem pięści wymierzonym zręcznie w jego łokieć oswobodził ją z uścisku.