Mężczyźni spojrzeli na siebie dziko. Indywiduum zrobiło charakterystyczny ruch wstecz, jakby sięgając po broń w tylnej kieszeni. Gniewosz uprzedził go i paraliżując jedną ręką niebezpieczny gest, drugą uderzył go pod brodę.
Przeciwnik zawył z bólu i zwalił mu się pod nogi. Wtedy inżynier spostrzegł wystającą mu z tylnej kieszeni spodni rękojeść browninga. Szybko wyciągnął go i ukrył w kieszeni własnej zarzutki. Tamten tymczasem dźwignął się na nogi i błysnął parą złych, przekrwawionych ślepi.
— Te, hyclu! — warknął, pieniąc się z wściekłości i odstępując o parę kroków. — Zapłacisz mi za to!
Znów sięgnął ręką poza siebie i zaklął:
— Te, doliniarz! Zwędziłeś mi spluw! Oddaj!
Gniewosz po raz pierwszy od lat był w świetnym humorze.
— No, no — tylko bez niepotrzebnej gadaniny. Wynoś się stąd czym prędzej, jeżeli nie chcesz oberwać jeszcze czegoś na drogę. A ten twój „spluw” możesz sobie odebrać jutro w najbliższym komisariacie policji, gdzie go złożę jako trofeum wojenne. No, zabieraj manatki i ruszaj!
Admonicja w tonie na poły wesołym, na poły groźnym poskutkowała. Łazik, klnąc i odgrażając się półgębkiem, odszedł ku Ścieżkowej i wkrótce znikł wśród coraz bardziej gęstniejących mroków.
Gniewosz wrócił się z ukłonem do stojącej opodal, drżącej jeszcze od przerażenia panny.
— Wybaczy pani tę trochę brutalną scenę, lecz nie umiałem znaleźć innego sposobu uwolnienia jej od tego natręta. Pozwoli pani, że się przedstawię: inżynier Jan Gniewosz, do usług.