Podała mu rękę.
— Dziękuję panu. Moje imię: Ludwika Krzemuska.
— Muszę panią odprowadzić — nawet choćby wbrew jej woli. Ten apasz może jeszcze nie dał za wygraną.
— Chętnie skorzystam z uprzejmości pana.
Ruszyli w kierunku Wesołej. Rozbudzona walką fizyczną energia Gniewosza znalazła ujście w ożywionej rozmowie.
— Że też właśnie dzisiaj wracała pani z przechadzki po Leśnej trochę później niż zwykle!
Podniosła na niego zmieszana śliczne błękitne oczy:
— Niż zwykle? Więc pan widział mnie już kiedyś na tej ulicy?
— Od ubiegłej jesieni spotykam panią na Leśnej codziennie.
Nastąpiło kłopotliwe milczenie. Czuł, że panienka nie była zadowolona z odkrycia jej tajemniczych przechadzek.