Chcieliśmy tu dać ludziom nieco wypoczynku, by wejść do miasta w porządniejszym stanie, lecz zerwał się nagle gwałtowny tornado: tu i ówdzie trzaskały wysokie palmy i inne drzewa, banany zaś plantacji spadały, jakby podcięte niewidzialną kosą. Był to widocznie dzień feralny! Wszędzie dokoła huk, trzask i wycie orkanu; a jednak powitaliśmy ten huragan z pewną radością, gdyż mówił on nam, że pora sucha nadchodzi — był to pierwszy jej zwiastun.

Szybkim krokiem weszliśmy do wystraszonego miasta, liczącego mniej więcej 50 chat. Nastąpiły jeszcze wprawdzie długie palawry dla oswojenia kacyka i ludności, lecz na koniec można było wypocząć po długim, ciężkim marszu i zajść pełnym dniu.

Gdym się wieczorem rozebrał, zauważyłem ze smutkiem, że nogi moje znajdowały się w fatalnym stanie, w wielu miejscach skóra była zdarta do kości, a jak tu wygoić rany, kiedy zaraz w dniu następnym czekał nas długi i uciążliwy marsz.

Krótko przed zachodem słońca oczyściła się atmosfera, huragan minął i w północno-wschodnim kierunku od naszego obozu ukazał się krótki łańcuch gór. Tam za nimi, świadczyli krajowcy, leży słoniowe jezioro Mbu. Droga do niego miała wynosić mniej więcej około pół dnia, a usłyszawszy to, nie zważając ani na rany, ani na nowe stada słoni, uczuliśmy jedno tylko pragnienie, to jest obejść ów łańcuch gór i dotrzeć do niego. W tej nadziei położyliśmy się do snu, lecz gdy następnego rana chcieliśmy urzeczywistnić nasze pragnienie, nie znalazł się w całym mieście nikt, który by choćby za dziesięciokrotną zapłatę zechciał nas przeprowadzić do brzegów owego jeziora.

W Ekumbe-ba-Wandżi znajdowali się nawet ludzie znad jeziora Mbu. Oni sami starali się, byśmy mogli dostać się do nich, w nadziei, że miasto Mbu otrzyma przez to liczne podarki, lecz byli oni sami już od kilku tygodni w Ekumbe-ba-Wandżi, nie mogąc powrócić do swoich, ponieważ jezioro jest w tej porze roku formalnie oblężone przez słonie, przechodzące teraz z nadchodzącą porą suchą do rzek i jezior. Jeden z owych krajowców, zapytany, czyby nie zechciał rzeczywiście zaprowadzić nas do jeziora Mbu w razie dobrej zapłaty, dał nam charakterystyczną odpowiedź, a mianowicie: „Gdybyście mi nawet ofiarowali żonę, nie mógłbym się tego podjąć”.

Z bólem serca musieliśmy się więc zgodzić na zmianę kierunku marszu i udać się przez Bassingi do naszej głównej kwatery w Bakundu. Wyruszyliśmy też niezwłocznie, odkładając dotarcie do jeziora Balombi o-Mbu do więcej sprzyjającej nam chwili.

Miasto Bassingi, do któregośmy weszli po południu następnego dnia, okazało się głównym centrum religijnym tych stron. Miało ono reputację posiadania najsilniejszych kalati, to jest fetyszów i talizmanów; liczne jednostki, a nawet całe partie krajowców przybywają tu ustawicznie, aby na nie przysięgać podczas sporów.

Ludność, przyzwyczajona do licznych procesji krajowców, okazała się dość skąpa, chwilowo brakło nam nawet prowiantu, lecz pokazawszy kacykowi Opunde podarki przygotowane dla niego, wstrzemięźliwość miasta co do dostarczania nam żywności zmieniła się nieco.

Z przyczyny ulewy szalejącej nad całym krajem musieliśmy spędzić w Bassingi całą dobę. Przez ten czas mogliśmy obserwować miasto i jego mieszkańców i zauważyliśmy, że pewna część tychże jest inaczej tatuowana niż wszyscy inni. Była to kasta, a raczej tajemnicze stowarzyszenie fetyszerskie, rodzaj frank-masonerii, kierującej wszystkimi przesądami tych krajów. Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że posiadają oni oddzielny, przez nikogo niezrozumiały, religijny niejako język.

Marsz z Bassingi do Bakandu był dla mnie ciężką próbą: długość jego wynosiła przeszło 20 mil geograficznych96, i to przez teren przedstawiający całe serie głębokich rozmiękłych bagien. Ciężkie to było zadanie, nogi miałem okryte ranami, które grzęznące w błocie buty rozdzierały co chwila na nowo i gdyśmy 19 września wieczorem przybyli do głównej naszej kwatery Bakundu-ba-Nambeleh, nie byłem w stanie przez długi czas uczynić choćby kroku.