Ośmieleni wczorajszym odkryciem katarakt, chcieliśmy zaraz stąd przedrzeć się do tajemniczego jeziora Mba. Stary Aua wprawdzie odradzał, twierdząc, że między jeziorem Mbu a Kumbą lasy w owej chwili po prostu zalane były słoniami, ale sądziliśmy, że to tylko strachy na lachy i poszliśmy naprzód. Niestety, słowa starego kacyka Kumby miały wkrótce okazać się aż nadto prawdziwe. Na długo dzień ten pozostanie w naszej pamięci.

Droga prowadziła z początku przez liczne plantacje Kumby, po części zdziczałe, następnie weszliśmy w gęsty dziewiczy las, stało się zupełnie ciemno dokoła; o ludziach i osadach nie pozostało już ani śladu, a podług słów krajowców, las ten ciągnie się daleko w głąb, ślady też słoni stawały się coraz częstsze. Po godzinie marszu napotkaliśmy nagle krajowców, donoszących z największym przestrachem, że pędziła za nimi olbrzymia masa słoni, zalewająca po prostu swą liczbą całą okolicę, i że podążając naprzód, na pewno spotkamy się z nimi. I teraz nawet jeszcze nie wierzyliśmy w niebezpieczeństwo, zdawało mi się jednakże pożyteczne namówić jednego z tych krajowców, by towarzyszył nam jako przewodnik, i zawdzięczamy może jemu nasze ocalenie. Nazywał on się Muelle.

Nie minęło i pół godziny, gdy las cały zdawał się drzeć przed nadchodzącym stadem potworów, które zapowiadały swe przybycie rykiem, którego żadne pióro opisać nie jest w stanie. Tysiące trąb nie zdoła tak wstrząsnąć atmosferą. Ludzie struchleli. Stanęliśmy wszyscy, wstrzymując oddech. Trzeba było wyśledzić kierunek pochodu stada. Podjął się tego Muelle. Przytłumionym świstem miał nas ostrzec o niebezpieczeństwie. Jak żmija prześliznął się przez zarośla, podczas gdyśmy stali, czekając, a każda minuta zdawała się godziną! Wreszcie usłyszeliśmy silny świst. Opatrzono fuzje, za chwilę ukazała się w krzakach ciemna twarz powracającego Muelle. Oczy jego błyszczały dziko, rozdęte nozdrza drgały konwulsyjnie i patrząc w nas, jak gdyby chciał pytać, co robić, szepnął, wskazując trzy różne kierunki przed nami: „Ndżoku, ndżoku, ndżoku, gita, Sango, gita!” (słonie, słonie, słonie, wiele ich, panie, wiele!). „Zginęliśmy!” — zawołał Richard Aqua, blady i drżący. Pierwsze to było spotkanie tego rodzaju, sam nie wiedziałem, jak zaradzić najlepiej, lecz jeszcze w służbie marynarskiej uczono nas nie namyślać się długo, lecz postanawiać szybko w takich razach, a przy tym nie można było dać poznać po sobie, że się namyślamy. Po kilku więc słowach narady, wymienionych obojętnym głosem z Tomczekiem, kazałem nagle zarznąć kozę otrzymaną od Auy, aby nas nie zdradzała swym beczeniem, następnie pospiesznie rozpakować kufer, w którym znajdowały się naboje zapasowe, a opatrzywszy powtórnie karabiny i rewolwery, spytałem się Muella, w którym kierunku znajdują się najbliższe mieszkania ludzkie. Murzyn wskazał na zachód i rzekł: „Ekumbe-ba-Wandżi”.

Wybraliśmy więc ten kierunek, bo ostatecznie nie mieliśmy innego wyboru: ku nam ciągnęła falanga leśnych tych olbrzymów i, jak się zdawało, od krańca do krańca na całej linii przed nami; trzeba więc było w którymkolwiek punkcie przebić sobie przejście, gdyż, chociaż słonie rzadko kiedy napadają, lecz z drugiej strony nigdy się nie cofają, dążąc szybko naprzód, ufne w swą siłę i niszcząc wszystko przed sobą. Podążyliśmy więc naprzód, prześlizgując się bez szelestu przez zarośla. Na nowo zagrzmiały dokoła trąby olbrzymów i znowu stanęli ludzie w nieograniczonej trwodze. Chcieli koniecznie, byśmy nawrócili, lecz tego nie można było uczynić, w takim bowiem razie, zastraszeni raz na zawsze, nie poszliby już dalej w dniach następnych za nic w świecie. Wyperswadowałem im więc stanowczo, że koniecznie trzeba iść naprzód, gdyż to stawanie i oczekiwanie przedłuża tylko niepewność naszego położenia, nie przeciwdziałając mu bynajmniej.

Ruszyliśmy więc znów dalej, gdy nagle — zdawało się z początku, że to szare głazy lub skały — ukazało się przed nami pędzące długą linią stado wśród trzaskających dokoła gałęzi. Cała nasza karawana, przerażona, rzuciła się wstecz. Wraz z Tomczekiem i częścią naszych ludzi rozpoczęliśmy ogień jak najszybszy, Muelle zaś zaczął ryczeć, powtarzając swe okrzyki bojowe, którym cała reszta wtórowała. Wrzask, ciągłe strzały, dym, łoskot łamanych drzew i gałęzi sprawiły chaos piekielny. Z początku słonie goniły za nami w nieprzerwanej linii, wreszcie jednakże przerwała się ona, utworzyła się luka i stado rozdzieliło się na dwie części, zapuszczające się w gąszcze, w których łoskot przez nie sprawiany zaczął się stopniowo oddalać.

Na ten raz byliśmy ocaleni od stratowania. Las dokoła wyglądał jakby pomiętoszony. Po zebraniu rozproszonych ludzi odetchnięto na chwilę i nabiwszy na nowo broń, nawróciliśmy znów i w dawnym kierunku posunęliśmy się ku Ekumbe-ba-Wandżi.

Minęła godzina szybkiego marszu, odbytego w najgłębszym milczeniu, gdy ujrzeliśmy nagle z lewej strony nową falangę potworów. Rzuciliśmy się naprzód, by je wyminąć, lecz stado przybrało ten sam kierunek. Znów rozpoczęła się ta sama wrzawa; część nas rozproszyła się w bok, a w dymie zostałem nagle rzucony o złamane drzewo i uczułem silny ból na przodzie łydki, gdzie i tak już miałem rany, powstałe w marszu i jątrzące się od pewnego czasu. Niebezpieczeństwo jednakże dodaje sił nadzwyczajnych. Wiedząc, jaki rodzaj śmierci czeka nas pod stopami tych gigantów, wyprzedziliśmy stado mimo śliskiej po deszczu drogi, mimo pagórków i zejść spadzistych, nabijając i strzelając zarazem w biegu, dopóki ono, zmęczone lub wstrzymane odłamami gałęzi i wywróconymi drzewami, nie znikło w ciemnym lesie.

Znów można było odpocząć. Nowe wyjęto ładunki i po nabiciu broni ruszyliśmy pospiesznie dalej, zawsze w najgłębszej ciszy i ścisnąwszy rząd karawany, aż wreszcie po nowej godzinie stanęliśmy nad brzegiem rzeczki, ku której obniżał się teren.

Gdyśmy ją przeszli, Muelle stanął i odetchnąwszy głęboko, rzucił swą broń i kozę zabitą, którą niósł, wołając: „Teraz wszystko skończone, oto plantacje miasta, to już ziemia Ekumby-ba-Wandżi!”

Ludzie na nowo odżyli. Rzuciliśmy się wszyscy znużeni na ziemię, rozłożono pakunki i zaczęto mówić o minionym niebezpieczeństwie. Ani ja, ani Tomczek nie mogliśmy naturalnie przez ten czas obserwować kierunków, lecz droga była dość prosta i wiodła przeważnie na WSW. Po dość długiej jeszcze drodze przez plantacje, niewolnicze osady i drobniejsze przestrzenie lasów stanęliśmy wreszcie krótko przed zachodem słońca przy nowej rzeczce, u wrót Ekumbe-ba-Wandżi.