Mieszkańcy Kumby uciekli przed nami również; mokoński nasz przewodnik jednakże znał dom kacyka i zaprowadził nas wprost ku temuż. Aua, władca Kumby, przyjął nas z wielką powagą — nigdy nie zapomnę siły woli tego starca. Najmniejsze nawet drganie twarzy nie zdradzało jego wewnętrznej walki, chociaż kolana jego drżały z przyczyny zabobonnego strachu, gdym ma podawał rękę, dał mi mimo to swoją ze sztucznym spokojem. Następnie kazał przynieść stołki dla przybyszów i odpoczęliśmy. Jeden z synów jego przyniósł nam wody, a gdy Aua również usiadł, oświadczyłem mu cel naszego przybycia, to jest, że „słyszeliśmy o wielkim wodospadzie rzeki Mungo, który się podobno znajduje w jego kraju i że przybyliśmy, ażeby zwiedzić takowy”. Uśmiech zadowolenia zajaśniał na twarzy starego kacyka Kumby; czuł on się niezmiernie szczęśliwy, te biali z m-benga (z dali) przybyli, aby widzieć jego wodospad. Potwierdził, że takowy rzeczywiście leży na jego ziemi, lecz dodał, że nie prowadzi do niego żadna droga z przyczyny otaczających go złych duchów, że jednakże zwoła krajowców, aby całe miasto towarzyszyło nam do wielkiej wody, a tymczasem zapraszał nas, by odbyć z nim i innymi kacykami ceremonię kassu. Mimo gorącego pragnienia naszego stanąć jak najprędzej u stóp katarakt, musieliśmy jednak zadośćuczynić żądaniu Auy, aby go nie zrazić. Dwór jego napełnił się tymczasem ciżbą ludu, która wzrastała z każdą chwilą i otoczyła nawet ściany zewnętrzne. Popęd ciekawości doszedł do takiego stopnia, że wdrapali się nawet na słabe bambusowe dachy, a w końcu nawet ściany i mury królewskiego gospodarstwa grozić zaczęły upadkiem, do tego stopnia tłoczyło się to czarne mrowisko, by ujrzeć białych ludzi.

Wreszcie skończyła się ceremonia kassu, zwołaliśmy ludzi naszych, polecając im zabrać długie noże, i udaliśmy się ku rzece, przepływającej u przeciwległych wrót miasta.

Mungo był tu znacznej szerokości. Była to zawsze jeszcze pełna, silna powierzchnia wodna, pędząca przez kraje te, pokryte zmrokiem gęstych nieznanych lasów — co do katarakt jednakże, wciąż tylko słyszeliśmy ich szum. By dotrzeć do nich, musieliśmy wejść na nowo do miasta na wyżynę i wciąć się w gąszcz w zachodnio-północnym kierunku. Cała ludność dążyła za nami. Znów ta powtórzyć muszę, te kto nie zna stron tropikalnych, ten nie ma pojęcia o tym nieprzeniknionym labiryncie zieleni, splecionym niby silny węzeł gordyjski, lecz dokoła nas wrzało od głów i brunatnych ramion i nigdy prawdopodobnie nie panował taki ruch na tej drodze.

Całe pajęczyny lianów i gałęzi splecionych między sobą padały pod ciosami krajowych noży i po półgodzinnej pracy zajaśniała przez gąszcze olbrzymia, wrząca płaszczyzna wodna, pokryta dziką, białą pianą, a spadająca w siedmiu tarasach z mniej więcej 80 stóp wysokości.

Z wystającej skały, zawieszonej tuż nad wodą, a do której przebiliśmy sobie drogę, spoglądaliśmy wraz z Tomczekiem na majestatyczny ten widok, ponad którym górny Mnogo, przypływając z dalekich i nieznanych stron, świecił niby czarująca srebrna wstęga. „Wiwat Polonia!” — wyrwało się z naszych piersi — i staliśmy długo, napawając się widokiem, na którego czary żadne oko europejskie jeszcze nie patrzało.

Słońce zaczęło tymczasem pochylać się do nieboskłonu, zmuszając nas powrócić do Kumby.

Czarna gromada naszych satelitów95 towarzyszyła nam w największym rozgorączkowaniu, oblegając następnie naszą kwaterę do późnej nocy.

Stary Aua przygotował dla nas wieczerzę, podczas której siedział sam w chacie, przypatrując się nam ciekawie, następnie prosił, byśmy opowiadali, jak wygląda kraj białych i różniąc się pod tym względem nie bardzo wiele od Europejczyków, zadawał najdziwaczniejsze pytania.

Następnego dnia, 16 września, ludność otoczyła nas od samego rana. Wkrótce przybył król, prosząc, byśmy pokazali użytek naszej broni „wielkiej i małej” (tj. karabinów i rewolwerów). Trzeba było zadość uczynić prośbie starca, co spowodowało pomiędzy całą ludnością przestrach i zdumienie. Nie mogli pojąć, że jeden rewolwer może wystrzelić po kilka razy bez oddzielnego nabijania, a jeden karabin (Winchester) 14 razy. Wiadomość ta rozeszła się wkrótce po kraju, naturalnie przesadzona stosownie do stopnia bujności afrykańskiej fantazji; rozgłaszano bowiem, że biały człowiek może strzelać z swej broni bez końca, nabiwszy ją raz jeden tylko, i że każdy wystrzał trafia i zabija kilku ludzi.

Wreszcie wyszliśmy z gościnnego miasta, pożegnawszy się serdecznie z dobrodusznym Auą. Cała ludność dążyła za nami do rzeki, przez próg której wiodła nasza droga; bito w bębny i krajowe dzwony, śpiewano, słowem, okazywano nam wszelkimi sposobami największą przyjaźń. Przejście przez tutejszy próg Mungo było nieco trudne, lecz z pomocą naszych ludzi przedostaliśmy się na drugi brzeg. Kumba i chmara odprowadzającej nas ludności znikły nam z oczu i wstąpiliśmy na drogę, która o mało co nie przyprawiła nas o pewną zgubę.