Szmer ukontentowania rozległ się w kole po mych słowach, a stary Mdaibe wstał i zbliżywszy się do mnie, włożył mi w rękę kilka kawałków pewnego twardego, gorzkiego owocu, czerwonego koloru, zwanego przez krajowców maki, a przez Anglików colonut94. Znałem już ten zwyczaj, powszechnie w tych krajach przyjęty, i gdy Mdaibe powrócił na swe siedzenie, przyszła na mnie kolej wstać, podejść ku niemu i znów złożyć owe kawałki maki na jego dłoni; znaczyło to, że biali zawarli z królem pokój. Następnie młody Murzyn przyniósł paczkę zawiniętą w liście bananowe, które w Afryce zastępują papier, a zawierającą drobne orzechy zwane kassu. Mdaibe zjadł jeden taki orzech, następnie wysypano je przed nami. Stosownie do zwyczaju kazaliśmy je jednemu z naszych ludzi rozdzielić na trzy części, jedną dla Mdaiby, drugą dla nas, a trzecią dla stojącego dokoła ludu, po czym nastąpiło spokojne łupanie skorupek.

By nastrój ten pokojowy powiększyć na naszą korzyść, rozdaliśmy z naszej strony kilka główek tytoniu, którego nie palą, lecz trą na tabakę i zażywają. Tłum też rozszedł się wkrótce w wysokim stopniu zadowolony. Mdaibe poszedł za nami do naszej chaty, usiadł spokojnie w jednym kącie i przez kilka godzin przypatrywał się nam, nie wyrzekłszy ani słowa, ale na twarzy jego można wyraźnie było zauważyć nieograniczone podziwienie, z którym śledził każdy nasz ruch. Gdyśmy kupili kilka jaj kurzych, spojrzał z niepokojem na stojącego w środku bożka, zupełnie zaś opuściła go powaga, gdyśmy zapalili lampkę spirytusową. Wtedy załamał ręce i spoglądał z przestrachem to na nas, to na palącą się, jak twierdził, wodę, a potarcie się i zapalenie się zapałki wprawiało go w zupełne osłupienie, z głośnym zaś śmiechem przypatrywał się kilka chwil później, jak towarzysz mój Tomczek wyciągnąwszy z małej paczki wielką miednicę kauczukową, rozwinął takową i zaczął się w niej myć.

Tego wszystkiego było za wiele dla pojęć dobrodusznego Mdaiba, opuścił wreszcie swe miejsce, wyszedł i kazał dla nas zabić kozę, aby tak mądrzy ludzie, umiejący podobne nadzwyczajne rzeczy, nie potrzebowali ani na chwilę cierpieć u niego głodu

Noc następna przeszła spokojnie mimo ohydnego otoczenia czaszek, wśród któregośmy się znajdowali, gdyśmy jednakże następnego poranku w dalszą wybierać się chcieli drogę, nastąpiły nowe nieporozumienia. Przybyli Akama i Masango i chociaż już dość nas wyeksploatowali ciągłymi żądaniami podarków, zaczęli na nowo sprzeciwiać się naszemu wymarszowi, chcieli koniecznie wiedzieć, po co właściwie chcemy iść dalej, i że jeżeliśmy przyszli po kupno oleju palmowego lub kości słoniowej, możemy dostać w Mokonii tych produktów tyle, ile tylko zechcemy, że nie mamy zatem żadnej potrzeby zapuszczać się głębiej w kraj.

Wyłożyłem im więc, że nie mam nic do czynienia z jakimikolwiek zakupami, czy to słoniowej kości, czy oleju palmowego, i że takowych nie przyjąłbym nawet jako podarku, ponieważ idę wyłącznie, by zwiedzić kraj, i nie chcę bynajmniej powiększać ciężarów naszych tragarzy niepotrzebnymi zakupionymi przedmiotami.

Długo trwały te rozprawy, krajowcy przyjmowali zapewnienia te z niedowierzaniem, gdyż słyszeli zawsze, że biali przybywają do tych krajów jedynie w celach zakupu wyż wymienionych przed miotów.

Wreszcie po nowych argumentach i nowym obdarzeniu mokońskich wampirów mogliśmy opuścić nieznośną dla nas Mokonię. Akama dał nam dwudziestu ludzi eskorty, aby następne miasto, Bao, leżące między Mokonią a Mambaudą, nie mogło nas zatrzymać, o ile albowiem wczoraj skorzy byli sami to uczynić, zazdrościli tego zaszczytu innym. Eskorta ta rzeczywiście przydała się nam, gdyż zaledwie wstąpiliśmy do ludnego miasta Bao, gdy zanosiło się na podobną scenę jak przy wejściu do Mokonii, lecz widok ludzi groźnego Akamy zastraszył Baoczyków. Szczęśliwie więc przybyliśmy do Mambandy, której mieszkańcy jednakże pierzchnęli na nasz widok przestraszeni, przypominając nam Balombi-ba-Kange. Wraz z Tomczekiem wkraczaliśmy pełni oczekiwania, sądziliśmy bowiem, że znajdziemy się w bliskości upragnionych katarakt. Oswojono wreszcie kacyka, noszącego tu nazwę Aboa, lecz któż opisze nasze zdumienie i zawód, gdy ani Aboa, ani żaden z jego ludzi nie wiedzieli nic o jakiejkolwiek wielkiej rzece lub o wodospadach w okolicy Mambandy.

Widocznie nas oszukano, zaczęliśmy się więc pytać, czy nie słyszeli oni o pewnej wielkiej wodzie, która z szumem i pianą spada przez skały i kamienie. Aboa potwierdził zapytanie, oświadczając, iż podobna woda znajduje się w miejscu zwanym Kumba, a które wskazywał w kierunku WSW. Dodał jednakże, iż do Kumby daleko i że trzeba nam będzie o niego przenocować. To jednakże nie zgadzało się bynajmniej z naszymi projektami. Podług słońca nie było później jak południe, a że krajowcy zwykle przesadzają, opisując odległości, do czego też Aboa miał tym bardziej powód, aby móc nas przez dzień zatrzymać i uzyskać podarki, postanowiliśmy zaraz wyruszyć do Kumby, tym bardziej że jeden z eskortujących nas Mokończyków oświadczył się z gotowością doprowadzenia nas dziś jeszcze do Kumby za odpowiednią zapłatą.

Postanowienie to wywołało wielkie niezadowolenie kacyka Mambandy, lecz tu wystarczyło kategoryczne oświadczenie, iż bezwarunkowo zaraz ruszymy dalej, i tak się stało.

Zstąpiliśmy naprzód ze stromego stoku gór i napotkaliśmy po półtoragodzinnym marszu nowe ramię rzeki Mungo; zauważyliśmy jeszcze dwa inne płynące w odległości 1000 kroków jedno od drugiego. Przeszliśmy takowe, a teren zaczął się niezwłocznie podnosić. Gdyśmy, po nim krocząc, doszli do szczytu, stanęliśmy na dość rozległej wyżynie. Tu zauważyliśmy olbrzymie miasto, większe nawet od Mokonii. Była to Kumba. W oddaleniu dawał się słyszeć głuchy szmer, słońce chyliło się ku horyzontowi, przyspieszyliśmy więc kroku, czując, że zbliżamy się do celu, gdyż katarakty zwiastowały się swym szumem z daleka.