Zanotowawszy klinometr, busolę, aneroid i pedometr90 i odświeżywszy się przy chłodnych i czystych tych źródłach, ruszyliśmy dalej, brodząc długo w korycie nowej rzeki, aż wreszcie spinając się na nowy stromy skłon, przybyliśmy około piątej wieczorem do nieznanego, murzyńskiego, dość wielkiego miasta Balombi-ba-Kange. Tu cała ludność rzuciła się na nasz widok w największym przestrachu do przeciwległych wrót. Nigdy albowiem przedtem nie widzieli białego człowieka, a podług ich mniemań diabeł ma ciało białe, przybywające więc nieznane im istoty przeraziły ich śmiertelnie samym swym widokiem.

Kto nie zdążył uciec dość prędko z miasta, ten wpadał do pierwszej lepszej chaty, którą zabarykadowywano z gorączkowym pośpiechem. Tymczasem wybuchła burza i raptowna ulewa, powiększająca się z każdą chwilą, zmoczyła nas zupełnie — dach więc jakikolwiek był dla nas bardzo pożądany. Zbliżyłem się więc w tym celu do starego krajowca, jedynego prawie, który nie mógł zdążyć za uciekającą ludnością, by zapytać się go o dom Sangonbuki (kacyka, właściwie „pana miasta”). Sądziliśmy, że przez starość swą będzie on nieco śmielszy od jego współobywateli, zaledwie jednak zbliżyliśmy się do niego, gdy i jemu przestrach dodał sił i znikł w jednej z chat.

Posłaliśmy więc kilku z naszych ludzi za nim, bakundyjczyków, by uspokoili zatrwożonego argumentem, że przecież oni, współplemienni z nim, przybyli tu z białymi, że więc biali ci nie mogą mieć złych zamiarów.

Po długich perswazjach udało im się wreszcie wynaleźć dom kacyka. Ten ostatni jednakże, zwany Mussumeh, podzielał skrupuły swych poddanych, gdy bowiem zobaczył, że się zbliżamy do jego domu, zamknął takowy szybko i od swych drzwi zaprowadził nas do starej walącej się chaty, aby nieznane dziwolągi nie zaczarowały jego własnej siedziby. Muketu, drugi nasz tłumacz, wyraził jednakże nasze zapewnienia przyjaźni w sposób tak przekonywujący, że Mussumeh wkrótce się uspokoił i zdecydował się wreszcie nawet odprowadzić nas nazad do swej chaty; a tego samego wieczoru zamienił się również przestrach krajowców na ogólną ciekawość. Szturmowano po prostu do drzwi chaty, nie dozwalając nam ani na chwilę pozostać bez świadków. Bali się jednakże ciągle naszego spojrzenia, przypisując mu nadzwyczajne siły, i dość było spojrzeć nagle na jakiego bądź natręta, żeby go zmusić do ucieczki.

Mussumeh ofiarował nam kozę, jamsu i bananów, przyjął następnie nasze podarki i przepędziwszy noc w Balombi-ba-Kange, ruszyliśmy dalej w nadziei, że tego samego dnia około zachodu słońca ujrzymy katarakty rzeki Mungo. Podług informacji powziętych w Bakundu, miały się one znajdować w miejscu zwanym Mambanda.

Droga prowadziła znów przez pewną ilość plantacji, przeszliśmy przez baku (miasto niewolnicze) należące do Kange, następnie ciągnęły się znów gęste lasy, zawierające tu i ówdzie podobne podniesione kotłowiny wyschłych jezior, z jakich jedno zauważyliśmy już w Okuce, i przybyliśmy do brzegu nowej rzeki, którą trzeba było przebyć w bród. Było to widocznie jedno z lewych ramion Mungo. Z drugiej strony rzeki trzeba było piąć się na stromy pagórek i zaledwie uszliśmy po nim ze sto kroków, gdy wchodziliśmy do wrót bardzo rozległego, potężnego miasta. Było to Mokonie91, centrum wewnętrznego handlu kością słoniową w tych stronach. Poleciłem karawanie naszej iść jak najprędzej i z zupełną pewnością siebie naprzód, gdyż było zaledwie południe, a chcieliśmy koniecznie dnia tego jeszcze dotrzeć do Mambandy. Obawiałem się przy tym, by nas nie zatrzymano, ludzie też podążali szybkim krokiem, na próżno jednak! Czegośmy się obawiali, to miało wkrótce nastąpić. Krajowcy, pomiędzy którymi znajduje się tu wielu czarnych handlarzy z Balungu, pośredników między brzegiem oceanu a Mokończykami i innymi wewnętrznymi plemionami, postanowili nas zatrzymać, gdyż balungscy przywódcy sądzili, iż przychodzimy im wydrzeć owo pośrednictwo. Wprawdzie sami Mokończycy rozpierzchli się na nasz widok, jak i mieszkańcy Balombi-ba-Kange, lecz Balungczycy, jaśniejsze mający o białych pojęcie, rozproszyli ich obawy, występując sami na czele, i wkrótce, podczas gdyśmy szybko kroczyli ku przeciwległym wrotom miasta, napełniły się ulice dziką, czarną zgrają, która krzycząc i wywijając kotlasami92 (długimi nożami) i dzidami, puściła się pędem za nami żądając, byśmy stanęli.

Z początku sądziłem, że mimo to przedostaniemy się przez miasto, i już staliśmy w pożądanych wschodnich wrotach, lecz tu zostaliśmy otoczeni ze wszech stron, podczas gdy dwóch starszych Murzynów z miotełkami, oznakami godności, podążyło ku nam co tchu w najwyższym rozognieniu umysłów.

Byli to Akama, główny przywódca Balungczyków, mający całe miasto wraz z królem i ludnością w swoich rękach, oraz Massango, syn i spadkobierca właściwego króla, lecz pozostający również pod wpływem Akamy. Jeden i drugi nie mogli się uspokoić, bezczelnością naszą, jak się wyrażali, a którą stanowiło to, żeśmy się ośmielili tak bez wszystkiego dążyć dalej w kraj, nie mając zamiaru zatrzymywać się w tak wielkim mieście jak Mokonia. Oświadczyli nam, że bezwarunkowo nie możemy ruszyć dalej, a przynajmniej musimy pozostać pewien czas w Mokonii, gdyż słyszeli oni już o naszym pobycie w tych krajach i tak wielkie miasto jak Mokonia nie może ścierpieć tego, ażeby biały człowiek je ominął i wolał inne miasto jako kwaterę. Wszelkie argumentacje okazały się tu próżne. Przedstawiłem Massango i Akamie, że musimy dziś jeszcze być w Mambandzie, ponieważ w przeciwnym razie prowiant nasz by nie wystarczył, lecz wszystko na próżno, a kiedym sądził, że nie poważą się rzucić na nas, w razie gdybyśmy spróbowali ruszyć mimo to naprzód, i gdy schwyciwszy jednego z tragarzy za ramię, puściłem się z nim przez bramę, Balungczycy z dziką wrzawą napadli na resztę tragarzy i oddzielili ich od nas. Trudna była rada, wdać się w bitwę nie było można, gdyż ich było około tysiąca, a nas kilkunastu. Przyszło więc do układów; Massango i Akama żądali, ażebyśmy się w domu króla Mdaibe choć jedną dobę zatrzymali. Przypuszczałem wprawdzie, że po tej dobie nastąpi żądanie o drugą, by z nas, o ile możności, jak najwięcej wydusić podarków, a równocześnie się naradzić, czy w ogóle mają nas puścić dalej, ale trzeba było udawać, że tłumaczy się to chęcią ich ugoszczenia nas przez jeden dzień i zamieniając całą rzecz w żart, oświadczyliśmy im ze śmiechem, że w końcu to wszystko jedno, czy skończymy dzień w Mokonii czy w Mambandzie i dawszy znak ludziom, by szli za nim, wskazał Massango drogę do chaty dla nas przeznaczonej. Wnętrze jej wcale nie było zapraszające, przy słupie znajdującym się w pośrodku stał czarny bożek wyciosany z drzewa, a przedstawiony w postawie skaczącej, co najbardziej jednak ponure sprawiało wrażenie — było to kilkadziesiąt czaszek ludzkich, które wisiały u sufitu, po części stare i zakopcone, po części świeższe i pomalowane gliną. Były to czaszki skazanych za czary, a w jednym z rogów tej monstrualnej izby, pod łóżkiem bambusowym, które miało nam służyć w nocy, leżała zupełnie prawie świeża i jeszcze cuchnąca czaszka. Podług pojęcia krajowców było to najbardziej ceremonialne miejsce i z tej prawdopodobnie przyczyny wybrano je dla nas.

Z początku krajowcy trzymali się z daleka, nie odważali się nawet zaglądać przez drzwi tej naszej chaty, był więc czas do uporządkowania naszych rzeczy i uspokojenia wystraszonych tragarzy. By tego dopiąć, musieliśmy okazywać powierzchownie jak największy spokój, choć razem z Tomczekiem byliśmy w rzeczywistości zasępieni, gdyż pewność ujrzenia dnia tego katarakt spodziewanych w Mambandzie minęła nas, podczas gdy położenie nasze stało się bardzo niepewne. Nie obawialiśmy się żadnych nowych gwałtów ze strony Massangi i Akamy, lecz wiedzieliśmy dobrze, że użyją na nas wszelkiej biernej presji, by o ile możności zbogacić się przez czas forsowanego naszego pobytu zawartością naszych tłumoków93, tak, że mogliśmy się obawiać, czy bagaż w ogóle wystarczy do mety tej ekskursji.

Na szczęście stało się nieco lepiej, niż spodziewaliśmy się. Po południu przybył Massango, prosząc, byśmy wyszli przed dom, ponieważ stary jego ojciec, Mdaibe, 90-letni starzec, pragnie zjeść z nami kassu dla zawarcia pokoju. Wyniesiono nasze siedzenia, a gdyśmy je przed domem zajęli, znajdowaliśmy się w kole gęsto stojącej czarnej ludności miasta, naprzeciwko zaś nas siedział zgrzybiały Mdaibe król. Massango uprzedził nas, że z przyczyny starości ojca on, jako jego syn, będzie prowadził cały ten palawer; toteż po pewnym milczeniu Massango wstał i zawołał trzy razy: „Jesteśmy szczęśliwi z przyczyny białych ludzi!”, czemu za każdym razem wtórowało jednogłośne: „I” (tak), następnie odwracając się do nas, zaczął prosić nas o przebaczenie. Z żywą gestykulacją oświadczył, że ludzie Mokonii nigdy przedtem nie widzieli białego człowieka, a że wiedzą dobrze, że to biali ludzie wyrabiają te wszystkie piękne przedmioty, które oni otrzymują znad brzegu, że kilka dni temu słyszeli, iż nareszcie przybywają tacy biali ludzie, i że wszyscy wyglądali ku nim pełni oczekiwania. „Tymczasem — dodał — przychodzicie nareszcie i chcecie tylko przejść bez zatrzymania się w Mokonii, to byłoby niemożliwe, zrozumiejcie nas i nie gniewajcie się więcej”. Chociaż dobrze wiedziałem, że nie to tylko było przyczyną naszego zatrzymania, nie mogłem naturalnie tego pokazać. Odparłem więc, że byłem rzeczywiście rozgniewany, gdy nam weszli w drogę przy bramie, lecz że zrozumiałem teraz ich palawer i pozostanę bez gniewu, ponieważ nas tak długo oczekiwano.