Dochodząc do małej osady murzyńskiej zwanej Okuka, spostrzegliśmy nagle wolną od lasów płaszczyznę, pokrytą wysoką (na 10–12 stóp) i ostrą trawą — tylko z rzadka tu i ówdzie wznosiła się wysoka palma kokosowa. Było to wyschłe od dawna jezioro, po którym pozostał tylko kocioł, owo wklęśnięcie płaskie pokryte trawą. Jezioro to musiało być niegdyś wielkości właśnie zwiedzanego Balombi-ba-Kotta. W późniejszych podróżach przekonałem się, że takie wyschłe jeziora napotykają się83 częściej i że w ogóle kraje te co do powierzchni ziemi w ciągłym znajdują się stanie przetwarzania.

Przeszedłszy jeszcze przez nieznane dotąd miasta Musambe, Munjungi i Dyebo i nocowawszy w pierwszym, dotarliśmy znów do katarakty Bobei i przeprawiwszy się przez nią, stanęli wreszcie w Bakundu-ba-Nambeleh w naszej głównej kwaterze.

Lecz ostatni dzień drogi dał nam się jeszcze we znaki. Ustawiczny deszcz przemoczył nas do szpiku kości, tak że gdyśmy przy Małym Mungo się zatrzymali dla posiłku, ulewa zalewała nam talerze, przemieniając zawartość ich w wodę podczas jedzenia; sam Mały Mungo zaś tak wezbrał, iż mimo to, że przeniesiono nas na barkach murzyńskich, brnęliśmy jednak po pas w wodzie.

Lecz Bogu dzięki wyszliśmy z tego marszu bez szwanku, z doświadczenia zresztą mogę powiedzieć, iż nawet marsz taki w ciągłej wodzie i w bagnach nie jest tyle szkodliwy w Afryce jak bezczynne siedzenie na jednym miejscu, i zgadzam się najzupełniej z Comberem, misjonarzem, który rzekł, że tu ruch i zmiana powietrza są najlepszymi lekarstwami przeciw febrze i że często dokażą tego, czego nie dokazały wielkie dozy chininy84. Toteż nikt z nas silniejszej febry nie doznał i po kilku dniach odpoczynku mogliśmy w nową wyruszyć drogę.

Rozdział III

Do katarakt rzeki Mungo. Osady Ekumbe-ba-Berange i Eliki, pierwsze progi Mungo. W basenie źródeł Jabiangu. Balombi-ba-Kange. Postrach ludności na widok białych. Zatrzymani w Mokonii. Król Mdaibe i jego przywódcy. Ceremonia kassu. Zawód w Mambandzie, do Kumby. Stary król Aua, odkrycie katarakt rzeki Mungo. W drodze do Słoniowego Jeziora. Napaść słoni. Karawana zbita z toru. Nocleg w Ekumbe-ba-Wandżi. Pagórki Słoniowego Jeziora, czyli Mbu. Bassingi. Powrót do Bakundu-ba-Nambeleh. Rany trzymają w nieczynności w Bakundu. Tomczek wyrusza sam. Odkrycie jeziora Mbu i źródeł Rio del Rey. Ngongo i jezioro Meme. Poznanie plemienia Befarenganyów i alians z nimi. Nadzieje dotarcia do Bayongu.

Dnia 10 września staliśmy na nowo gotowi do drogi. Żeby nie wzbudzić zazdrości, wzięliśmy tym razem ludzi kacyka Namneko, który wraz z licznymi swymi krewnymi odprowadził nas do północnych wrót miasta. Celem nowej podróży było odszukanie katarakt rzeki Mungo, do których żaden biały nie był jeszcze dotarł. Od krajowców dowiedzieliśmy się nazw miast murzyńskich leżących mniej więcej w prostej linii na północo-wschód, a mających prowadzić do pożądanych katarakt; oprócz tego donosili krajowcy o istnieniu innego wielkiego jeziora, zwanego również Balombi lub Mbu85, przy tym jednakże odstraszali nas niemożliwością dotarcia do niego teraz, twierdząc, że w tej właśnie porze roku znajduje się ono po prostu osaczonym stadami słoni; mimo to jednakże rozpoczęliśmy podróż.

Droga wiodła z początku na północ, prowadząc do rzeczki Bomby i spadając ze stromego wzgórza, na którym leży miasto. Nad brzegiem tej rzeczki zatrzymaliśmy się na chwilę, gdyż Namneko w nadziei nowego podarku chciał okazać pewien zapał dla udania się naszego zamiaru i rozpoczął przemowę do tragarzy naszych, napominając ich, by szli, dokąd im biały rozkaże i nie sprzeciwiali się w niczym zamiarom naszym. Po skończeniu tej admonicji86 nastąpił ogólny okrzyk pożegnania i podawszy rękę kacykowi, przeszliśmy drzewo służące za kładkę nad rzeką i wstąpiliśmy w odwieczne lasy. Szum rzeki głuchł w oddaleniu, podczas gdy karawana szła pewnym i dziarskim krokiem naprzód do nieznanego, lecz pożądanego celu. Szliśmy po łańcuchu pagórków, które od Bakundu ciągną się mniej więcej na NNE, a dalej na NE, krzyżując się przy mieście Eliki87 z rzeką Mungo, która ma tam pierwsze swe progi, tj. przestaje być spławna.

Po noclegu, odbytym w murzyńskim miasteczku Ekumbe-ba-Berange, przybyliśmy po nowym marszu przez gęsty las i po ciągłych łańcuchach pagórków do owego miejsca, tj. do Eliki. Mungo był tu mało co węższy, niż przy bakundyjskiej przystani. Olbrzymi pień, prawdziwy olbrzym, przewrócony bądź przez tornado, bądź rękami krajowców, tworzył naturalny most, dalej zaś w górę rzeki można było zauważyć trzy progi utworzone przez skały i bloki. Od miasta Eliki teren zaczął się stopniowo podnosić. Mungo pozostał z lewej strony, widzieliśmy go jeszcze raz z wysokiego pagórka, jak przesyłał bystre swe fale na dół ku Bakundu, wkrótce jednak znikł nam z oczu i podążając dalej w północno-wschodnim kierunku, zauważyliśmy wyraźnie, że liczne rzeki, jakieśmy napotykali, zaczynają podążać na wschód i południo-wschód; znajdowaliśmy się widocznie w basenie źródeł Iabiangu88, jednego z głównych ramion Rzeki Kameruńskiej, i wkrótce miało nam być dozwolone stanąć przy samych jego źródłach. Staliśmy na wysokim grzbiecie górnym, zaczynając właśnie z niego schodzić, gdy otworzyła się przed nami nagle wspaniała kotłowina, żywo przypominająca piękny Fürstenstein89 na Szlązku, tylko roślinność podrównikowa, zalewająca tu wszystko jedną nieprzerwaną falą zieleni, gęstą jak węzeł gordyjski, w ciemniejszych utrzymywała ją cieniach zmroku.

Z prawej i lewej, nad nami i głęboko pod nami szumiały drobne, górskie strumyki, których naliczyłem w najbliższej okolicy kilkanaście, na dole wreszcie, na dnie tej kotłowiny, łączyły się owe kryształowe wężyki w rzeczkę górską, spadającą z kaskady na kaskadę, a dążącą stąd do Kokki, jak twierdzili krajowcy; były to więc źródła Iabiangu.