Podczas jednakże gdy Bakundu-ba-Nambeleh, Bobea i Bafula posiadają niewolników, Balombi-ba-Kotta nie zna niewolnictwa zupełnie; dom zaś obrządków religijnych i talizmany zawieszone w chatach są te same, jak i w innych wspomnionych miastach.

Ohydna droga znużyła nas nad wszelkie pojęcie, toteż z radością powitaliśmy wielką kalabasę wina palmowego, którą N-Dungo postawił przed nami, zajmując się przyrządzeniem wieczerzy — kury z koką w oleju palmowym.

Na gościnność więc w Balombi-ba-Kotta nie mogliśmy narzekać i wręczyliśmy kacykowi podarki nasze: dwa jardy78 materii niebieskiej, tyleż czerwonej, łyżkę, tabakierkę, trzy głowy tytoniu, naszyjnik, czapkę czerwoną i fajkę. Kacyk był bardzo zadowolony, prosił, by namawiać białych, aby do niego częściej przychodzili, a czarna ciżba, która nas otaczała, ani myślała nas opuścić aż do późnej nocy. Musieli koniecznie zobaczyć rozbieranie się nasze do snu i przekonać się, że skóra nasza rzeczywiście jest wszędzie biała, po czym powoli zaczęli się rozchodzić, wydając okrzyki zadziwienia.

Następnego dnia zwiedziliśmy w towarzystwie kacyka wyspę. Całe to jezioro jest widocznie zapadłym kraterem starego wulkanu, niegdyś może ostatniego z pików79 Gór Kameruńskich. W nim zaś również siły wulkaniczne wyniosły ową wysepkę, na której dziś leży miasto. Z północno-wschodniej jej strony u stóp grzebienia leży oddzielna osada, mająca odrębnego kacyka — liczy ona jednakże zaledwie 20 chat.

O ile się zdaje i o ile zrozumieć mogłem kacyka, są to pierwotni mieszkańcy tych stron, dziś już nieliczni.

Zakupiwszy świeże zapasy ryb i jamsu, ruszyliśmy dalej. N-Dungo oraz całe niemal miasto odprowadziło nas przez jezioro, które, jak się zdaje, obfituje w żółwie, gdyż widziałem liczne wypływające na powierzchnię okazy. Wreszcie wylądowawszy na brzegu, zniknęliśmy im z oczu w gąszczu, przez który prowadziła dalsza nasza droga do stolicy zachodniej części kraju Bakundu-ba-Mosaka.

Ścieżki, po których nas prowadził przewodnik otrzymany od kacyka N-Dungo, były również straszliwe, jak i poprzednie. Panowało i tu jedno wielkie bagno, poprzerzynane licznymi rzeczkami, wezbranymi przez deszcze i pędzącymi szybko ku Rio del Rey. Przeszedłszy dwa grzbiety pagórków, północne kontrforty80 Gór Kameruńskich, ujrzeliśmy przed sobą po południu olbrzymie miasto ciągnące się niezmiernie długim rzędem od wschodu na zachód. Pierwsza jego część leżała na stoku góry, druga ciągnęła się dalej w dolinie, a poza nimi — któż opisze zaciekawienie nasze — ukazał się w oczyszczonej atmosferze wielki kompleks Gór Rumbijskich81 jako potężne sine pasmo o kilku pikach. Góry te ujrzeliśmy w kierunku W-N-W, ciągną się zaś, jak się zdaje, mniej więcej podług południka. Było to Bakundu-ba-Musaka, którego ilość mieszkańców ceniliśmy mniej więcej na 2500 dusz.

Domy tu niczym się nie różnią od domów widzianych miast, panuje tu jednakże dobrobyt większy niż w stolicy wschodniej, tj. w Bakundu-ba-Nambeleh, a sprawia to bliskość Starego Kalabaru82; mnóstwo krów, kóz, baranów i kur można było wszędzie zauważyć. Stary król Musaka przyjął nas bardzo gościnnie; zabito kozę, którą ugotowano w oleju palmowym. Lecz o ile mogę chwalić poczciwego Musakę, niemającego niestety wiele wpływu wśród mieszkańców miasta, o tyle ci ostatni zasługują na najgorszą reputację. Są oni przybyszami w tych stronach, gdyż kraj to właściwie już nie bakundyjski, lecz nazywał się pierwotnie Baczi.

Dzisiejsi mieszkańcy miasta — a przynajmniej większa ich część — przybyli niegdyś z Bakundu-ba-Nambeleh wskutek wojny domowej, jak mówi podanie, a że przewodniczący wychodźcom nazywał się Musaka (imię, które po nim przyjęli jego następcy), nazwano więc miasto wybudowane na skłonie Bakundu-ba-Musaka; do dziś dnia jednak dolna jego część nazywa się jeszcze Baczi. Niewolnictwa nie ma i tu. Wszyscy są wolni, a nawet posunęli się tak daleko, że z władzy króla Musaki pozostał już dziś cień tylko — są oni przy tym chytrzy, leniwi i zuchwali nad wszelkie pojęcie.

Widząc, że Góry Rumbijskie tak bliskie, ogarnęło nas pragnienie dotarcia do tajemniczych, nigdy niezwiedzanych wyżyn, lecz nikt z krajowców nie chciał pójść z nami jako przewodnik. Wtedy chciałem ruszyć ku nim bez przewodnika za pomocą busoli, lecz tu krajowcy — nie chcąc, byśmy tam w ogóle poszli — podszczuli naszych tragarzy, opowiadając im dzikie bajki o duchach i potworach zamieszkujących tajemnicze góry. Widząc więc, że na ten raz nie będzie możliwe urzeczywistnić w drodze powstały plan, odłożyłem go na później i zaczęto drogę powrotną do Bakundu-ba-Nambeleh. Droga ta wiodła nas po części przez nowy teren, gdyż nie chciałem wracać zupełnie tą samą. Obraliśmy ją więc nieco więcej południowo, przecinając północne podnóże Gór Kameruńskich. Ścieżki tu wprawdzie były surowsze, gdyż prowadziły po skałach i kostkach bazaltu lub lawy, lecz za to nie brnęliśmy ciągle w bagnach i błocie.