Droga była straszliwa! Rozmiękła przez ulewy ziemia zamieniła się w jedno wielkie bagno, w którym częstokroć zapadaliśmy się po kolana, a co chwila trzeba się było przeprawiać przez rzeczki wezbrane w niejednym miejscu. Ziemia czasami nie wytrzymywała stopy ludzkiej, a wtedy trzeba było korzystać z przewróconych przez słonie drzew. Ubrania przemieniły się w łachmany, a cali byliśmy pokryci błotem i mułem.

Nikt tu z pewnością nie pojmie, jakie czasem podróżnik odbywać musi w tych lasach przeprawy: tu, w tych dzikich, jakby od świata oderwanych kniejach, gdzie niczym niehamowana przyroda to piętrzy olbrzymie barykady, to znów ryje bagna i jary, a gdzie mimo raniących gałęzi i kolców pośpiech jest konieczny, by się nie spóźnić, nie być zaskoczonym przez noc w tych otchłaniach i oddanym na pastwę tratujących pochodów dzikich olbrzymów leśnych słoni. Krajowcy truchleją na samą myśl takiego położenia, gdyż podczas nocy lasy te formalnie poruszać się zaczynają i z gąszczu zdają się wyrastać całe masy czworonożnych potworów.

Wreszcie, dobrze jeszcze przed zachodem słońca, owiał nas przyjemny chłód, drzewa się przerzedziły i zarysowała się przed nami obszerna płaszczyzna wodna. Było to jezioro Balombi-ba-Kotta. Leży ono w głębokiej kotlinie, do której zejście jest strome niemal prostopadłe, w pośrodku zaś zarysowała się trójkątna wyspa, pokryta zielenią i usiana licznymi chatami krajowców.

Gdy w 1877 r. przybywał tu Comber, kobiety pracujące właśnie nad brzegiem jeziora uciekły, przestraszone widokiem białego człowieka.

Od owego czasu jednakże dzieliło nas wtedy sześć lat i krajowcy oswoili się tymczasem z myślą o białych.

Spuściliśmy się do kotłowiny76, to jest do brzegu jeziora, na plecach, gdyż grunt był tak śliski z powodu deszczu, że było nadzwyczaj trudno zejść bez trzymania się rękami o wystające kamienie; a napotkany krajowiec, którego zadziwienie wkrótce ułagodzone zostało kilkoma liśćmi tytoniu — dobrze znanego mu przedmiotu — sprowadził nam kilka czółen krajowych dla przeprawy na wyspę.

Jezioro przedstawiało się w kształcie jaja, którego wielka oś ciągnie się mniej więcej podług południka. Z wysokich brzegów, otaczających go niby żywe zielone ramy, wpadały z dwóch stron strumyki, które atoli w porze innej wysychają, o ile mi się zdaje, a zwierciadlana powierzchnia kilku mil kwadratowych wodnej przestrzeni odbijała malownicze kontury okalającej brzegi panoramy. Przystań wyspiarskiej osady znajduje się z zachodniej strony wysepki; grzebień górzysty dzieli takową na dwa skłony, po nim zaś ciągnie się miasto w kształcie litery T.

Zachowywanie się krajowców było z początku bardzo dwuznaczne — wbrew zwyczajowi nie zastaliśmy żywej duszy w przystani, za to w pewnym oddaleniu widać było całe mrowisko Murzynów patrzących na nas z niedowierzaniem. Czarny nasz tłumacz Richard-Aqwa, nienależący do zbyt odważnych, doznał silnego bicia serca i nalegał, byśmy wrócili. Biedak nie wiedział, że w takich chwilach spokój i pewność siebie wygrywają jedynie batalię. Tomczek objął straż nad rzeczami, a sam, wziąwszy przestraszonego tłumacza w kluby77, ruszyłem pod górę na ulicę miasta. Przeszliśmy pierwszą jej część. Domy zastałem zamknięte, a z nich wyglądały trwożliwie przez szpary kobiety, dalej jednak stali zebrani mężczyźni z dzidami, pełni oczekiwania, a wkrótce zostaliśmy otoczeni tłumem czarnego ludu.

Zapytałem się o króla, lecz mało rozumiano tłumacza, choć tenże władał dwoma krajowymi językami, to jest dualla i bakundyjskim. Krajowcy ci widocznie nie należą do żadnego z sąsiednich plemion, lecz przybyli kiedyś z daleka. Widziałem wyraźnie, że nie byli nam bardzo przychylni, a w każdym razie chwiali się co do sposobu przyjęcia nas, lecz na szczęście zanotowałem sobie przedtem w Bafuli imię króla, a gdym wyciągając po przyjacielsku ramiona, wykrzyknął takowe, tj. „N-Dungo!” — można było zauważyć ogólne zdziwienie na twarzach i niebawem zbliżył się do mnie otyły Murzyn, czyli zawołany kacyk. Podaliśmy sobie po przyjacielsku rękę, lody były przełamane i powitała nas reszta ludności okrzykiem przyjaźni, podczas gdy znakomitsze osobistości miasta podchodziły kolejno, imitując moje powitanie z kacykiem, to jest podając ręce.

Tymczasem nadszedł Tomczek z ludźmi i bagażem, gdyż był niespokojny o nas, czekając dość długo na brzegu, i wszyscy razem przyjęliśmy chętnie zaproszenie kacyka N-Dungo, wskazującego ręką swą siedzibę, i weszliśmy do obszernego jego domu. Za nami zaczęła cisnąć się ludność, porwana prądem ciekawości tak, że wkrótce drzwi nasze zaległo około tysiąca głów. Budynki są tej samej formy i budowy, jak w Bobei i Bafuli, tj. bambusowe o jednej izbie, mającej stałe ognisko po obu przeciwległych końcach, a ponad takowymi skrzynki bambusowe zawieszone jako wędzarnie.