Jeden ze starszyzny powstał i zagaił posiedzenie trzykrotnym okrzykiem, zwracającym uwagę obecnych. Na każdy taki okrzyk odpowiadali wszyscy jednogłośnie: „I!” (tak!), po czym mówca wyłożył kwestię, o którą toczy się spór. Otóż niedawno temu Bafula obchodziła ważną uroczystość swego dżudzu (świętości). Zaproszone były wszystkie miasta sąsiednie, a między innymi stolica bakundyjska, Bakundu-ba-Nambeleh. Gdy gry, zabawy i tańce minęły, ukradło kilku Bafulczyków przybyłym Bakundyjczykom kilka „drogocennych ubiorów” (prawdopodobnie czerwonych flanelowych koszul).
Powróciwszy więc do siebie, Bakundyjczycy wysłali posłańców do Bafuli, żądając skradzionych rzeczy. Lecz Bafulczycy nie przyznali się do niczego; przeciwnie, zbili posłańców i odesłali ich z powrotem, odebrawszy im fuzje, tj. pozbawiając ich nawet możności bronienia się od napadu słonia podczas powrotu przez lasy. Rozgniewani tym Bakundyjczycy po kryjomu wysłali krajowca do Bafuli z fuzją i kazali mu zastrzelić ukradkiem bafulijską krowę, po czym kwestia doszła do takich rozmiarów, że nastąpił „palawer”.
Po tym wykładzie były liczne przemowy każdego z kolei, zwykle pełne ustępów nienależących wcale do sprawy, a każdy w końcu swej mowy zaczynał tańczyć i naśladować ruchy i głos jakiego z dobrze znanych zwierząt, by wzbudzić śmiech i pozyskać ogólną sympatię zebranych dla siebie. Olbrzymi król Bobei zaczął przedrzeźniać słonia, i to tak trafnie, że nawet my, biali, nie mogliśmy zachować powagi, lecz musieliśmy się rozśmiać, co powitano ogólnym głośnym okrzykiem radości.
Kilka godzin ciągnęła się w ten sposób sprawa, mówiono o tym i owym, wszyscy już kilkakrotnie przemawiali, aż wreszcie udecydowano, że to dzień niepomyślny na naradę i że za tyle a tyle dni rozpoczną sprawę na nowo. Ucinają wtedy patyki długości stopy, tną każdy na drobne kawałki, odliczają po tyle drewienek, ile dni ma upłynąć do oznaczonego następnego palawru, każdy z obecnych otrzymuje wiązkę taką i sesja skończona. Z patyków tych, a raczej z pociętych drewienek, co wieczór łamie się jeden, a gdy złamany ostatni — znowu kacykowie wyruszą do Bafuli na palawer.
Gdyśmy wyszli z domu obrad, byliśmy temu niezmiernie radzi, dłużej albowiem trudno było wytrzymać w cuchnącej chacie, gdzie atmosfera stała się nieznośna. Wielce jednak podziwiać tu musiałem spokój i porządek, z jakim odbywają się te palawry. Nie ma ta ani zamieszań ogólnych, ani gwałtów; mówi jeden, prawda, że z najdziwaczniejszą i najżywszą gestykulacją, lecz nikt mu nie przerywa, dopóki nie skończy; cała zaś reszta siedzi poważnie i słucha jego mowy, choćby była kilkugodzinna.
Posłałem po palawrze obu partiom, gawędzącym teraz o rzeczach innych i zachowującym się najspokojniej, nieco tytoniu, co wprawiło wszystkich w najlepszy humor. Zabito kozę, przysłano nam z niej ćwiartkę jako podarek, a przy uczcie zgotowanej z olbrzymiej ilości plantanów, koki, jamsu i oleju palmowego przesuwała się na placu przed słupem, przy świetle łuczyw, czarna masa biesiadujących. Do późnej nocy rozlegała się piekielna ich muzyka, krzyki i tańce.
Następnego dnia, 30 sierpnia, wyruszono w dalszą drogę. Nambeleh, dotrzymując danej obietnicy, odprowadził nas do Bobei, następującej murzyńskiej osady. Droga wiodła przez plantacje krajowców, pomiędzy rozrzuconymi chatami bambusowymi, a w jednej z nich czekał na nas olbrzymi kacyk Bobei z niewielką karawaną, by nas przeprowadzić do swego miasta. Czarni powitali się, obejmując się podług krajowego zwyczaju prawym ramieniem i przyciskając pierś do piersi, następnie wszystko ruszyło dalej. Herkulesowy kacyk szedł naprzód. Wielkimi krokami przekraczał wystające korzenie, opierając się na długim hebanowym kiju. Za nim ciągnęła się długa linia tragarzy, wreszcie my dwaj biali, a zamykał karawanę Nambeleh, zmuszony, jak zwykle ostatni w pochodzie, nieco się spieszyć i prędzej wywijać nogami i kijem.
Kierunek był prawie północny, droga po przejściu plantacji znowu ciągnęła się przez lasy, atoli przerzedzone tu przez słonie. W jednym miejscu zauważyliśmy kilkanaście kamieni, widocznie poustawianych ręką ludzką wokoło; była to połowa odległości między Bafulą a Bobeą, czyli ich granica. Nasz Herkules się odwrócił i wskazując ręką kamienie, rzekł dumnie: „Mukara ango ajo ekumbe ba Bobea” (biały człowiek jest na ziemi Bobei). „Aloli!” — zawołałem (piękna ona), co przyjęli Bobejczycy okrzykiem radości i wesołości, śpiewając do samej Bobei. Rozłożono się tu jednak na chwilę, aby zaraz wyruszyć do jeziora Balombi-ba-Kotta, mającego w pośrodku wysepkę, jak mi mówiono, gęsto zaludnioną. Dzikość jej mieszkańców miała być przyczyną, że odkrywca tego jeziora, Comber, nie mógł wymóc na swych ludziach, by udali się z nim na wysepkę, wskutek czego angielski podróżnik zwiedzić jej nie mógł. Wybieraliśmy się więc do Balombi-ba-Kotta, by uzupełnić znajomość jeziora przez zwiedzenie samej wyspy i jej mieszkańców. Nambeleh tu nas opuszczał, by udać się do pewnej górnej osady Ikaty, ale prosił, byśmy choć na chwilę weszli do domu kacyka Bobei, aby go nie obrazić.
Weszliśmy więc do jego chaty. Głośny szum oznajmiał bliskość jakiejś rzeki, przez którą musieliśmy odbyć za chwilę nader trudną i oryginalną przeprawę. Wnętrze chaty kacyka nie różniło się prawie niczym od domów Bafuli; w pośrodku stał filar szeroki obwieszony różnymi talizmanami, a mianowicie: małpimi i kozimi czaszkami, rogami antylop, bębenkami, okopconymi i wydmuchanymi jajami, kośćmi itp., na ziemi zaś przy filarze leżała olbrzymia szczęka słonia, otoczona dzidami, nożami i drewnianymi słupkami wbitymi w ziemię. Przyjęliśmy zwykły podarunek przyjaźni, za co kacyk otrzymał kilka drobnostek i ruszono w dalszą drogę. Cała ludność podążyła za nami. Szmer, słyszany przy wejściu do miasta, stawał się z każdą chwilą głośniejszy, przechodząc w końcu w głuchy łoskot, a gdyśmy uszli ze czterysta kroków, przedstawił się nagle wspaniały widok.
Drogę wiodącą na północo-wschód przerzynał majestatyczny wodospad. Na szerokości sześćdziesięciu kroków zrzucał Mały Mungo, szumiąc i sycząc, swe bystre wody pomiędzy skałami w ciemną głęboką otchłań. Grupa skał sterczała w pośrodku wodnej tej krawędzi, po której trzeba było przejść tuż nad przepaścią mimo pędzącej na dół wody, gdyż wyżej rzeka była głęboka, a mostów tu nie ma; zwinny krajowiec woli, nie dbając o los swój, przeprawić się w ten sposób, niż pomyśleć o czymś podobnym do mostu. Perspektywa tej przeprawy przedstawiła nam się nie bardzo zachęcająco, lecz Nambeleh z bobejskim kacykiem i innymi Murzynami schwycili się za ręce, wchodząc wyżej w głębszą wodę, im podaliśmy ręce, podchodząc ku krawędzi, i ciągnieni w ten sposób przeciw prądowi, by fale nie stoczyły nas na dół, przeszliśmy na drugą stronę. Tak samo przeprawiono tragarzy, a gdy wszyscy stanęli szczęśliwie na przeciwległym brzegu, pożegnał nas jednogłośny okrzyk krajowców zebranych na skałach od strony miasta. Podziękowawszy przyjaznym dwóm kacykom, którzy dali nam jeszcze przewodnika, zaczęliśmy dalszy marsz przez gęsty las do jeziora.