Zaprojektowano obrać na tę pierwszą ekskursję73 jezioro Balombi-ba-Kotta74, odkryte przez Combera75 w 1877 r. i zachodnią stolicę kraju, Bakundu-ba-Musaka, a przy tym poznać charakter Bakundyjczyków jako tragarzy, gdyż kwestia tragarzy jest tą, o którą rozbija się niejedna ekspedycja. Wcześnie więc 28 sierpnia wyruszyliśmy z Bakundu, udając się w kierunku północno-zachodnim ku lasom, które otaczają każde murzyńskie miasto. Miasta te są w ogóle niby oazami wyciętymi w gąszczu dziewiczym, który od zachodniego brzegu ciągnie się daleko w głąb.
Dzień był pogodny, deszcze ustały chwilowo i przywitałem się z wychodzącym ku nam Nambeleh, gotowym do drogi i promieniejącym w w świątecznym stroju. Lewą połowę głowy miał ogoloną, co oznaczało, że wychodzi na ważny palawer, czerwona koszula — nasz podarek, i kawał niebieskiej materii zarzucony wokoło bioder, czapka wyszywana i podarowana mu przez nas, sygnet z wielkim niebieskim kamieniem, na który spoglądał z widocznym zadowoleniem, tworzyły ubiór bakundyjskiego władcy.
— Okòpi bakùtu Nàmbeleh? (czy masz ludzi Nambeleh) — zwróciłem się do niego.
— I! Sango, tata-ango (Tak, panie patrz tu) — i wskazał mi przygotowanych tragarzy; dano im więc przeznaczone ciężary bagażu i ruszyliśmy w drogę.
Teraz wstępujemy w lasy dziewicze, z których nawet echo nie połączy nas ze światem cywilizowanym.
Były one z początku nie tak zaplątane, lecz wkrótce nastąpił dziki zmrok gęstwin, wśród których drogę stanowiła wąziutka, ledwie dostrzegalna ścieżka, wydeptana przez krajowców. Co chwila trzeba było przeskakiwać przez sterczące korzenie i wywrócone pnie, a mnóstwo rzeczek wezbranych z przyczyny pory deszczowej zmuszało nas często brodzić wyżej kolan w wodzie; przepływały one lasy we wszystkich kierunkach, to dążąc do Mungo, to w przeciwnym kierunku, do Rio del Rey.
Wreszcie około czwartej po południu stajemy w Bafuli, przeszedłszy około dwudziestu kilometrów. Widok miasta, czyli raczej wioski murzyńskiej, nosił tę samą cechę, tylko w mniejszym daleko stopniu, jak Bakundu-ba-Nambeleh. Po obu stronach szerokiej ulicy stały rzędy chatek glinianych lub bambusowych, w pośrodku zaś słup z nieforemnie wystruganą głową ludzką, a przy nim dom kacyka. Dano nam zaraz do rozporządzenia jedną z chat, naokoło której zgromadziła się znaczna liczba zdumionych krajowców, przypatrujących się rozbiciu naszego obozu.
Roztasowaliśmy się spokojnie na kołdrach, rozwiesiwszy odzienie i buty nad ogniem dla osuszenia i przyjąwszy kacyków, przynoszących podarki: kury i banany, przebraliśmy się nareszcie, gdyż liczne rzeki, któreśmy przebrnąć musieli, błoto, bagna i deszcz, który nas spotkał, przemoczyły nas do ostatniej nitki. Rozpakowano więc kociołki i wkrótce w nich zaszumiało. Po dziennym marszu, po trudach drogi wita tu podróżnik najprostszą wieczerzę, zwykle kurę lub kozę gotowaną z jamsem lub plantanami w oleju palmowym, jak nie wita najpyszniejszego obiadu w Europie, po czym z prawdziwą rozkoszą myśli o nocnym spoczynku i mimo niesfornych sąsiadów świata zwierzęcego zasypia, zapaliwszy ognisko, i śpi spokojnie do rana.
Nazajutrz o wschodzie słońca doniesiono, że ludność Bafuli zgromadza się na ów wielki palawer, dla którego przybył tu król Nambeleh. Bakundyjski kacyk przyszedł nas prosić, byśmy koniecznie przybyli na zgromadzenie, poszliśmy więc, by poznać charakter zebrań i sądownictwo tych stron.
Zastaliśmy kilkunastu Murzynów siedzących w chacie kacyka Bafuli. Była to starszyzna spierających się partii, poza nimi zaś siedziało kilkudziesięciu Murzynów, rozdzielonych na dwa obozy.