Mieszkańcy M’Bu, uwiadomieni o przybyciu może bajecznego dla nich białego człowieka, wyszli naprzeciw nam, lecz za każdym krokiem, który uczyniłem naprzód, owe setki czarnych cofały się wstecz, nie dowierzając dziwnej istocie. Przy pierwszej chacie zatrzymała się wreszcie ciżba, a chcąc ją ośmielić, podszedłem ku niej, podając rękę najbliżej stojącemu krajowcowi. Nie zrozumiawszy mego gestu, olbrzymi Murzyn drapnął, co sił mu starczyło, a za jego przykładem poszła i reszta. Gdyśmy jednakże przybyli do domu królewskiego, w jednej chwili zapełniła się chata czarnymi, którzy nie wiedząc, co czynić z zdumienia i radości, wdrapywali się z hałasem na stołki i słupy, grożąc zupełną ruiną i tak już chwiejącej się chaty. Po chwili nadszedł podstarzały Murzyn o słusznej podstawie — król Mukuri, a wziąwszy podaną mu rękę w obie dłonie, trząsł nią długo i serdecznie, wyrażając mi swą radość, iż przecież wreszcie zawitał biały do ich miasta.

Odpocząwszy cokolwiek, powróciłem do jeziora i rzeki Sobo, by za pomocą kompasu zdjąć ich kontury. Ciekawa gawiedź nie opuszczała mnie na chwilę, a z zapadającą nocą rozpoczęła się serenada, która tym razem jednakże nie przeszkodziła mi bynajmniej zasnąć snem twardym.

Opuszczając nazajutrz miasto, obdarzyłem uprzejmego króla, który dogadzał każdemu memu żądaniu, zwykłym doborem drobnostek, na których widok świeciły się z radości oczy starca. Przy pożegnaniu zadośćuczyniłem chętnie ogólnej prośbie i wystrzeliłem trzykrotnie z rewolweru. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie to wywołało na dziecinnych umysłach spokojnych krajowców: skakano śpiewano, tracono rozum, jeden opowiadał drugiemu, jak mukara (biały człowiek) złamał broń, złożył ją i strzelił. Rozpromieniony król zdradzał wielką ochotę uściskania mnie, lecz wstrzymywał swe popędy, zadowalając się serdecznym pogłaskaniem rąk mego chłopca noszącego rewolwer.

Odprowadzony przez całe miasto na wybrzeże, usadowiłem moich ludzi i bagaż w pirodze, sam wsiadłem do drugiej, zaiste liliputowej piróżki i pożegnawszy skinieniem ręki jeszcze raz gościnny ludek, odbiliśmy od brzegu. Z szybkością mknęła łupinka nasza po spokojnej powierzchni głębokiej toni, ożywionej licznymi, o matowych żaglach pirogami, powracającymi z połowu ryb lub z okolicznych plantacji, a obładowanymi plantanami, koką i jamsem. Wysokie, lasem pokryte pagórki, otaczające ze wszech stron okrągławe jezioro, odbijały się na ciemnym tle głębokich niezmąconych wód, złote zaś promienie pogodnego poranku oświecały trzymilowy obszar wodny, okolony wieńcem zielonych lasów.

Lecz otóż jesteśmy na drugim brzegu i nowy obraz zdumiewający swym majestatem przedstawia się naszym olśnionym oczom. Po olbrzymich głazach, między którymi szumi z jeziora wychodzący strumyk Mukunda-ma-Mbu, wchodzi się do głębokiej doliny, otoczonej z obu stron gigantycznymi wałami ciemnej skały, która rozdarta przez podziemne siły tysiące lat temu, złożona dzisiaj, tworzyłaby jedną jedyną całość.

Na stromej, wąskiej drodze prowadzącej nad samą przepaścią, w której dąży Mukunda, pniemy się pod górę wzdłuż 500 stóp wysokiej ściany, która tworząc ponad twą głową sklepienia, przygniata swym ogromem umysł, pokazując dobitnie, jak maluczkim jest człowiek wobec wspaniałej, wszechmocnej przyrody. Przybyliśmy na szczyt grzbietu — długim spojrzeniem pożegnaliśmy niezrównane rozpadliny, gdyż za skrętem drogi nie ujrzymy ich więcej.

Słońce nie doszło jeszcze zenitu, gdy stanąłem po raz drugi w progach Mungo, w którego nurtach kąpało się kilkudziesięciu mieszkańców znanej nam Kumbai. Ujrzawszy białego, przywitali mnie radośnie; lecz radość ustąpiła grożącym krzykom i pogoni, gdy mała moja karawana, przekroczywszy rzekę, skręciła w las, omijając miasto. Nie zważając na nawoływania, dążyliśmy naprzód, a gdy wkrótce kilkunastu czarnych ukazało się za nami. Zatrzymawszy się na chwilę, wskazałem laską w stronę miasta i zabobonni Murzyni zawrócili spiesznie, zostawiając nas w pokoju. Dwa dni marszu przeniosły mnie wreszcie do Bakundu po skróconej drodze i z opuszczeniem Mokonii”.

Te rezultaty dzielnego mego towarzysza powitałem z niezmierną radością, gdyż tak jezioro M’Bu, nazwane przez nas jeziorem Benedykta, jak i owa nowa rzeka, przepływająca około N’Gongo, były odkryciami niemałej wagi. Co do rzeki nie było wątpliwości, że jest to południowe ramię Rio del Rey, które w takim razie określone zostało do źródeł.

Teraz zaczęliśmy się krzątać nad sformowaniem większej karawany, z którą moglibyśmy wyruszyć głębiej w kraj do Bayongu. Kraj ten powinien leżeć od Bakundu w odległości dwóch tygodni dobrego marszu, a od kilku napotkanych Bayongczyków dowiedzieliśmy się już niektórych szczegółów o owym plemieniu. Niestety jednakże, musieliśmy stracić jeszcze kilka tygodni czasu z przyczyny mych ran, gdyż w tym klimacie w ogóle wszelkie rany goją się bardzo powoli, a często przekształcają się w chroniczne.

Tymczasem zaszła w Bakundu-ba-Nambeleh okoliczność, która miała w wielkiej części wpłynąć na dalszy przebieg naszej podróży i dzięki której dotarlibyśmy przede wszystkim do dalekiego Bayongu, gdyby nie stanęła na przeszkodzie po raz drugi chciwość czarnych handlarzy-pośredników i Mokonii, którzy mieli kres położyć dalszemu posuwaniu się naszemu w pożądanym kierunku.