Zajście to było następujące:
Już w drugiej podróży, to jest do katarakt rzeki Mungo, poznaliśmy pewien szczep, którego karawany przybywały od czasu do czasu z dalekiego kraju do Bakundu. Były to dzikie postacie, których język nie miał wiele podobieństwa z bakundyjskim, a nazywali siebie „Befarenganya”.
Otóż kiedy znajdowałem się nieco wyżej na rzece Mungo, w miejscu Bauombe, aby poznać rzekę w tym punkcie i odwiedzić tam bawiącego króla Bela, przybyłego z Kamerunu, a mającego wielkie wpływy we wszystkich tych krajach, garść takich Befarengańczyków przybyła do Bakundu, niosąc kozy, kury i inne przedmioty, aby je zamienić na żelazo i sól.
Chcieli oni przejść przez Bakundu-ba-Nambeleh i przedostać się po raz pierwszy bliżej ku brzegom oceanu — lecz jak nas niegdyś Mokończycy nie chcieli puścić głębiej w kraj, tak zwykle krajowcy mieszkający bliżej brzegu nie chcą do niego dopuszczać przybywających z głębi, i to zawsze z tej samej przyczyny, to jest z żądzy pośredniczenia. Wszczęła się bójka między Befarengańczykami a Bakundyjczykami, podczas której jeden z pierwszych otrzymał silne cięcie w ramię. Krew zaczęła upływać niezmiernie szybko i kto wie, czyby zdołali sobie. poradzić, tym bardziej że zamieszanie nie ustawało, gdyby nie wmieszanie się Tomczeka, który uspokoił wzburzone umysły walczących, a zabrawszy rannego do naszej kwatery, zaopatrzył i zaszył jego ranę.
W kilka dni po owej bójce przybyłem z Bauombe do Bakundu-ba-Nambeleh. Ranny Befarengańczyk był wciąż tam, a niebawem przybyła poważna karawana ze strony wschodu, tj. z wnętrza kraju, w której Ekue — tak nazywał się chory chłopiec — poznał swych rodaków, a mianowicie swego ojca. Dowiedzieliśmy się teraz, że pomoc wyświadczona przez Tomczeka może wyjść na dobre naszym zamiarom, gdyż ten ojciec był jednym z głównych kacyków w kraju Befarenganya.
Z początku, gdy zbliżali się do naszej kwatery, osłupieli na nasz widok i chociaż przybyli, by nam podziękować, i byli uprzedzeni, żeśmy biali, długo jednak zdecydować się nie mogli na ludzkie powitanie się z nami. Dopiero stary kacyk, gdy ujrzał swego syna, którego Tomczek prowadził za rękę, zdobył się na odwagę i podał nam rękę.
Przez kilka dni przebywali dzicy nasi goście w Bakundu-ba-Nambeleh, a przez ten czas dowiedzieliśmy się wielu ciekawych szczegółów o ich kraju i o sąsiednich. Z opowiadań tych wypadało, że szczep ten ma swoją siedzibę w północno-wschodnim kierunku od Bakundu, idąc zaś do siebie, przechodzą przez jakąś szeroką rzekę, nad którą, jak twierdzili, „wisi most pleciony z lianów; pod mostem — opowiadali — woda szumi i pieni się, spadając po skałach”. Z tego wszystkiego wnosiliśmy, że idąc z Bakundu do Befarenganyów, przechodzi się ponad kataraktami górnego biegu Rzeki Kameruńskiej.
Stary kacyk i towarzyszący mu orszak zapytał nas wreszcie, czybyśmy nie chcieli przybyć do jego kraju, zapewniając, że nie zabraknie nam u niego niczego, że kraj ten obfituje w żywność i że z chęcią da nam przewodników, gdy zechcemy puścić się dalej w głąb kraju, dodając, że ów dalszy kraj nie jest już pokryty lasem, lecz wysoką, bujną trawą; to samo mówiono nam o Bayongu. Serca nam się zaśmiały na propozycję Befarengańczyków, gdyż ofiarowywali nam to, czegośmy najbardziej pragnęli. Widzieliśmy się już u kresu zamierzonej drogi w N’Tuntu, stolicy Bayongu, lecz niestety miało stać się inaczej. Na tej drodze leżało znane nam już miasto, przez które przejść było trzeba: była to Mokonia, złowroga, chytra Mokonia i to jedno miasto miało zniweczyć uśmiechające się te nadzieje.
Wyraziliśmy Befarengańczykom obawy co do Mokonii. Odparli oni, że podzielają takowe, ale pragnąc nas widzieć u siebie, wyślą znaczną siłę na nasze spotkanie, z którą będziem mogli się połączyć przed Mokonią, aby w razie oporu Mokończyków przejść przebojem.
Alians ten z Befarengańczykami zawarliśmy przez podanie sobie obydwóch dłoni, a ich kacyk pozostawił dwóch swych towarzyszów w naszej kwaterze, by doglądali niewyleczonego jeszcze dostatecznie syna i aby mogli podążyć naprzód do Befarenganyów i w chwili naszego wyruszenia uprzedzić ich, na jaki dzień mają wysłać umówioną partię100 i gdzie takowa ma się z nami spotkać.