Befarengańczycy wyruszyli. Pozostały chory szybko przychodził do zdrowia, rany moje także były prawie wygojone — rozpoczęliśmy więc pakowanie bagażu, potrzebnego na kilkomiesięczną podróż, nie wiedząc, że miało to być pakowanie do odwrotnego marszu.
Przypominając sobie te chwile, nie mogę się wstrzymać od oddania dobrze zasłużonego hołdu nieżyjącemu już dziś Tomczekowi.
Sądząc, żeśmy bliscy celu, nie żył on w owych dniach innym pragnieniem nad to, jakie wywoływała żądza ujrzenia tajemniczych równin Bayongu. Do świtu siedział on niejednokrotnie nad pakami naszego bagażu, starając się, byśmy mogli nieść z sobą o ile możności wszystkiego po trochu bez powiększenia liczby 60 naszych tragarzy, i niejednokrotnie musiałem odrywać go przemocą od pracy, dla której narażał swe siły — zdrowie i życie!
Losy nie dozwoliły mi wrócić z nim wspólnie do kraju, lecz pamięć wiernego towarzysza i przyjaciela jest zawsze z nami i będzie zawsze złączona z przyszłym jakimkolwiek zadaniem.
Na tym kończymy dzisiejszy nasz przegląd eksploracji krajów Bakundu — pozostawiając koniec takowych do następnego i ostatniego odczytu.
Rozdział IV
Marsz w głąb z Bakundu. Bitwa pod Mokonią. Usiłowania przedarcia się do Befarenganyów. Odwrót do brzegu oceanu. List kacyków z Bakundu. Marsz przez Góry Kameruńskie. Znów na brzegu oceanu i na stacji Mondoleh. Eksploracja Gór Kameruńskich, ich brzegi i skłony. Śmierć Klemensa Tomczeka. Podróż do Gabonu. Przybycie okrętów niemieckich i zajęcie Bimbii wraz z Rzeką Kameruńską. Victoria staje się kolonią angielską. Krajowcy oddają mi część swych krajów. Układy z Anglikami. Traktat o Botę. Postawienie brzegu Gór Kameruńskich pod protektorat angielski. Do ujść Rio del Rey. Werbowanie Krumanów. Niemiecki reporter. Wejście na główny szczyt Gór Kameruńskich. Wojna w Kamerunie. Objęcie rządów nad kolonią Victoria. Napaść korwety „Bismarck” na naszą łódź i strzelanie w domniemanego Rogozińskiego. Koniec.
W ostatnim odczycie stanęliśmy przy przygotowaniach do dalszego marszu w głąb, mającego się odbyć przy pomocy Befarengańczyków. Sformowanie karawany zajęło dość czasu; bakundyjscy kacykowie nie mogli się zdecydować w ostatniej chwili na puszczenie nas rzeczywiście w głąb, a gdy zobaczyli wyniesione z magazynu ekspedycyjnego paki w ilości kilkudziesięciu, z których każda ważyła 60 funtów, stanowiąc ciężar jednego tragarza, wtedy żal im się zrobiło, że tyle „skarbów” ma opuścić Bakundu i zostać wyniesionych do gąszczu.
Wreszcie ukończyły się palawry i wyruszyliśmy w drogę. Cała ludność wyszła aż do świątyni, przed którą siedzieli kacykowie dla pożegnalnej ceremonii. Był to dzień nie lada dla miasta, gdyż mieszkańcy sądzili, że owych kilkudziesięciu tragarzy, których zrekrutowaliśmy spośród nich, nie ujrzą przez długie miesiące. Starzy więc i młodzi otoczyli wyruszającą karawanę, podając swym ziomkom jeszcze na drogę to po kilka bananów, to kawał wędzonego mięsa, to znów butelkę wina palmowego. Następnie wystąpili kacykowie, zaczęli napominać ludzi i na znak zgody wylali ze skorupy kokosowej nieco wody na wszystkie cztery strony.
Karawanę podzieliłem na trzy oddziały z naczelnikami Modika, Essue i Missoli. Szliśmy już znaną drogą przez Ekumbe-ba-Berange, Eliki i Kange, zaszedłszy przedtem jednakże do znanego mi już Bauombe; kilka dni zaś temu wysłano pozostawionych Befarengańczyków, by dali znać swemu kacykowi, żeśmy wyruszyli, i żądając, by przybyli stosownie do umowy.