Następnie tego samego dnia udaliśmy się zaraz na powrót na pokład kanonierki „Forward” dla postawienia owego dalszego brzegu również pod protektorat angielski.

Zatrzymywano się więc w następnych dniach przed każdym z nadbrzeżnych miast po kolei i udawaliśmy się na ląd, gdzie też miejscowi kacykowie, witając nas wszędzie radośnie jako znajomych z Mondoleh, bez wyjątku podpisali traktaty z komendantem Furlongerem, gdyż zawsze prawie oświadczali, że jeżeli myśmy im przybyli to poradzić, nie może być w tym nic złego. Toteż prowadziłem zwykle wstępne palawry, a p. Furlonger z swym asystentem mógł już przystępować wprost do formalności tylko, tj. do przeczytania im treści traktatu, którą dwaj z Boty wzięci tłumacze Monako i Njungo przekładali na język mbomboko, zapytania: czy zechcą przyjąć i podpisać traktat, otrzymania wreszcie potwierdzającej odpowiedzi, a następnie podpisów.

Dnia 1 września skończyliśmy z ostatnim miastem i wracali ku zatoce Ambas, gdy doniesiono z pokładu, że ku brzegom, od których właśnieśmy płynęli, a mianowicie ku Bibundi podążają dwa wojenne niemieckie okręty. Były to „Leipzig” (pancernik) i kanonierka „Möwe”, których zadaniem miało być uczynić to, czegośmy właśnie dokonali. Gdy zauważyli naszą powracającą już stamtąd „Forward”, poznali się na tym. „Leipzig” dała sygnały swej towarzyszce, która niebawem wysadziła na ląd kilku krajowców, prawdopodobnie z Bimbii wziętych tłumaczów, okręty zaś, widząc, żeśmy je uprzedzili, nawróciły, odpływając w kierunku wyspy Fernando Poo. Tego samego wieczora stanęliśmy znów na kotwicy w zatoce Ambas i powróciłem z Janikowskim na stację Mondoleh.

Linia brzegowa Gór Kameruńskich stała więc pod protektoratem Wielkiej Brytanii.

Długo omawialiśmy fakt ten owego wieczora, czując dobrze i zdając sobie jasno sprawę z tego, że był to fakt niemałej wagi. Krajowcy przybyli nam winszować. Biedni krajowcy! Nie było czego, chyba tego jedynie, żeśmy z dwojga złego wybrali dla was mniejsze. Spokojny wasz byt na wolnych waszych skłonach już nie pozostanie takim. Zamiary „białych braci” względem was, „niecywilizowanych”, nie są nigdy braterskie, pod sztandarem cywilizacji przybywa do was mukara, nie żeby dać cośkolwiek, lecz żeby wziąć, co można. Silny ze słabym nie zawiera nigdy traktatów z inną dążnością niż z tą, żeby je jak najprędzej zerwać i posunąć się dalej do wyzucia was stopniowo ze starych waszych praw i wolności, a dla was nie ma apelacji, waszych skarg nikt nie zrozumie w Europie, nikt nawet nie przypuści, że i wy, „dzicy”, macie jakiekolwiek prawa, że i wy umiecie czuć i cierpicie jak ludzkie stworzenia, ale przynajmniej jedną starał się wam oddać przysługę wasz przyjaciel z Mondoleh, tj. wybrać dla was tego z dwóch protektorów, który was będzie jak najmniej „protegował”, czy uzurpował, mając ziem i kolonii pod dostatkiem.

W przeciągu tego samego września przybywała jeszcze „Forward” i popłynąłem na niej w podobnym celu, proszony przez p. Furlongera, ku rzece Rumby i w ujście Rio del Rey. Podczas tej wyprawy dowiedziałem się, że rzeką Lobeh, którą wspominali w r. 1883 Tomczekowi krajowcy nad górnym Rio del Rey, jest rzeka Rumby, krajowa zaś nazwa dla ujścia Rio del Rey jest Fiari. W ujściu tym napotyka się wielu rybaków, których pirogi noszą na przodzie trupią głowę ludzką. Dawniejsi podróżnicy opisywali z tej prawdopodobnie przyczyny krajowców tego ujścia jako niezmiernie dzikich i okrutnych, gdy tymczasem owa czaszka nie oznacza żadnego krwawego trofea, lecz jest pamiątką po zmarłym jakim rybaku, którą dziecięcy umysł krajowca zabiera w swych pochodach, aby go prowadziła na szczęśliwe łowy; że zaś mieszkańcy brzegów Rio del Rey są tak nieprzystępni i nie puszczali zwykle podróżników na rzekę, nie jest to ich winą, lecz dzieje się to z rozkazu jednego z potężnych kacyków ze Starego Kalabaru imieniem Namati, czyli jak zowią Anglicy: Yellow-Duke.

Ów kacyk opanował całe porzecze Rio del Rey, na którym ma liczne stacje handlowe, tak samo też na rzece Rumby, gdzie o 5 mil mniej więcej od ujścia wtedy właśnie znajdował się dla handlu; przez zazdrość zaś o monopol takowego nakazuje krajowcom nie wpuszczać żadnych cudzoziemców.

Znów wróciłem wreszcie na stację Mondoleh. „Forward” odpłynęła na przylądek Dobrej Nadziei i zdawało się, że wszelkie zajścia polityczne są ukończone, że będziemy nareszcie znów mieli pokój. Posiadłości nasze rozszerzyły się znacznie przez nabycie krajów Ngemeh, Bubinde oraz Niższej i Wyższej Mokundy i coraz serdeczniejsze stały się stosunki nasze z krajowcami. Po niejednokrotnej jeszcze wycieczce w góry, w których przy tym udało się nam zakończyć szczęśliwie od dawna panującą wojnę między trzema górskimi kraikami, pozyskaliśmy między nimi zaufanie ostatecznie tak, że w końcu chodziliśmy po tych górach swobodnie i spokojnie, jakby w swej zagrodzie, wszędzie witani radośnie, a gdyśmy do jakiego krajowca zawitali na nocleg, czuliśmy, że mogliśmy zasnąć spokojnie, bez broni, że czuwa nad nami straż najpewniejsza, miłość i przywiązanie ludu, wśród którego nam włos z głowy nie spadnie.

Teraz, sądziliśmy, nastała chwila wyekwipowania nowej ekspedycji, by uczynić nową próbę dotarcia dalej w głąb. Zamówione w Europie potrzebne do tego nowe przedmioty przybyły, potrzeba więc było pomyśleć o sformowaniu karawany.

W tym celu udałem się na parowcu „Ambriz” do Liberii, na brzegi Kru, by zwerbować potrzebną liczbę Krumanów. Wypłynąwszy 22 października z Fernando Poo i zwiedziwszy Nowy Kalabar, Bonny, kilka ujść Nigru i Złoty Brzeg, przybyłem 9 listopada do Monrowii, gdzie przesiadłem na powracający parowiec „Nubia”, werbujący Krumanów, i zawinąwszy do licznych punktów krumańskich, otrzymałem pożądaną ilość tych cennych na afrykańskim brzegu ludzi, zwykle werbowanych do wszelkiej pracy fizycznej. Stanęliśmy znów w licznych punktach, a między innymi w Bageyda około Dahomeju113, gdzie 28 listopada przybył na parowiec niejaki p. Hugo Zöller114, przedstawiając się mi jako redaktor „Gazety Kolońskiej” i zapytując, czy mógłby choć czasowo towarzyszyć mi i otrzymać pewne dane o Górach Kameruńskich. Oświadczyłem p. Zöllerowi z góry, że jestem pod względem politycznym antagonistą celów jego narodowości w stronach kameruńskich, lecz że to bynajmniej wpłynąć nie może na osobiste nasze stosunki i że pod względem naukowym jestem każdej chwili gotów dać mu wszelkie informacje, zapraszając go nawet do wzięcia udziału w projektowanej ekspedycji na szczyt Gór Kameruńskich, w której zamierzałem wypróbować nowo zwerbowanych Krumanów. P. Zöller przyjął zaproszenie z wdzięcznością i popłynęliśmy razem na parowcu „Nubia” do Fernando Poo, przeprawiając się następnie stamtąd na stację Mondoleh, gdzie stanął tymczasem p. Zöller, podczas gdyśmy wraz z Janikowskim przygotowywali rekwizyta do zamierzonego wejścia na główny szczyt kameruński. W dobrej wierze w rzetelność nieznanego nam Niemca spakowaliśmy i jego rzeczy w naszych ekspedycyjnych kuferkach, pożyczając mu również busolę podróżną, ponieważ nie miał z sobą żadnych instrumentów oprócz termometru w drewnianej oprawie, i po pewnym odpoczynku w naszym domu rozpoczęliśmy ekskursję, przyjmując pod spokojny nasz namiot obozowy owego nieznajomego tym, czym chata bogata, jak mówi staropolskie przysłowie. Nie wiedzieliśmy niestety, że zabieramy z sobą pospolitego szarlatana, który uzurpując naszą dobrą wiarę, przyłączył się do nas może ze względów ekonomicznych lub wygody, donosząc następnie do czasopisma, które go wysłało, i do innych niemieckich, że takiego i takiego dnia przybył do zatoki Ambas, sformował karawanę i zorganizował ekspedycję na szczyt Gór Kameruńskich, przyjmując łaskawie za towarzyszów dwóch Polaków, a mianowicie pp. Rogozińskiego i Janikowskiego.