Wejście to na wierzchołek Mongo-ma-Lobah, główny szczyt Gór Kameruńskich, możemy streścić w następujący sposób:

Wyruszyliśmy z przystani mondolijskiej 8 grudnia o świcie. Obszerna łódź niosła oprócz nas trzech białych dziesięcin tragarzy Krumanów, przewodnika Silvę (Loandczyka) oraz tłumoki i rekwizyta podróżne wraz z prowiantem.

Średnia temperatura w owych dniach grudnia była na stacji Mondoleh:

o godz. 7 a. m.115 = +26 °C,

o godz. 12 m.116 = +28 °C,

o godz. 6 p. m.117 = +27 °C.

Przepłynęliśmy przez zatokę i wylądowawszy w naszej Bocie, ruszyliśmy dalej w góry, przechodząc wciąż przez nasz teren. W południe przybyliśmy do miasteczka Mukunda-Mbenge, obozując na świeżym powietrzu pod rozłożystym drzewem dla śniadania. Wreszcie przed wieczorem przybyliśmy na pierwszy nocleg do Boando (1750’118 ponad morzem). Krajowcy przynieśli po radosnym powitaniu jaj, kur, warchlaka, bananów i wina palmowego, zasiedliśmy więc do afrykańskiej wieczerzy z wyjątkiem reportera, który nie mógł zżyć się z krajem i hołdował tylko kuchni europejskiej. Następnie, rozesławszy kołdry w zajętej chacie, zasnęliśmy twardym snem podróżnika. Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Chciałem dotrzeć do tak zwanego Mann’s Springu, leżącego już 7350’ ponad morzem, gdyż zdawało się to dogodną stacją na drugi nocleg. Drogi jednakże tak były zarosły, że musieliśmy wziąć do pomocy krajowców z Boando, którzy idąc naprzód, przebijali drogę przez gąszcz. Sprawiło to tak wielką stratę czasu, że ani było można myśleć w końcu o dotarciu do Mann’s Springu tego samego wieczora. Te strefy gór są już niezamieszkałe przez ludzi; rozbiliśmy więc namiot w lesie przy jaskini dziwnej formy. Wygasłe ogniska świadczyły nam wyraźnie, że krajowcy także tu się zatrzymują na nocleg, jeżeli wycieczki myśliwskie zaprowadzą ich do tych wyżyn. Miejsce to nazywają Bakviri (górale) Isuma, tj. jama, wysokość zaś jego wynosi około 3500’ ponad morzem. Isuma poleca się też jako stacja z tego względu, że niespełna o godzinę drogi od niej przepływa rzeczka Kele, mogąca dostarczyć świeżej i czystej wody dla karawany. Rzeczka ta bierze swój początek na skłonie wschodnim Małego Kamerunu, czyli Góry Kraszewskiego, tworzy na SE od szczytu tej góry wspaniały wodospad i jako zachodnia granica kraju Boando spływa bystro po górach w głębokim korycie do morza za przylądkiem Limboh.

Wieczór był nadzwyczaj spokojny, choć miejsce wyglądało dziko i widać było dokoła namiotu świeże ślady słoni. Te jednakże nie przeszkadzały naszej gawędce w namiocie, przed którym sformowałem naprędce czerwono-białą flagę; nie zdołały też one spłoszyć snu z naszych powiek, które raz zamknięte nie otworzyły się aż o następnym świcie. Najniższa temperatura w nocy wynosiła 15 °C, o wschodzie zaś słońca mieliśmy 17 °C. Rosa była niezmiernie silna — flaga przed namiotem była rano jak z wody wyciągnięta. Drzewa i gałęzie są też dlatego pokryte gęstymi i długimi brodami szarawo-zielonego mchu. Takie też były słupy ścięte dla namiotu, co nadawało jego wnętrzu pozór jakiejś północnej kwatery.

Posławszy rano ludzi do rzeczki Kele po świeży zapas wody i napełniwszy nią opróżnione damżany119, ruszyliśmy dalej. Teraz marsz stał się nadzwyczaj uciążliwy, droga była miejscami niezmiernie stroma i dzika, podziwiać trzeba było naszych Krumanów, którzy szli żwawo i dziarsko naprzód mimo to, że nieśli 600 funtów naszego ładunku, czyli po 60 każdy. Dopędziła nas tu partia krajowców z Boando, przybyła z kacykiem Diko, by pomóc ciąć drogę, tak że karawana nasza urosła do blisko trzydziestu głów.

O 12 w południe stanęliśmy w lesie dla śniadania. Obozowaliśmy na wąskim dukcie lawy, spadającym stromo z obu stron. Roślinność była niezmierna, a wśród niej, u stóp olbrzymiego bombaksu, Krumani nasi, Boandczycy i my rozłożyliśmy się jak na zielonym kobiercu naokoło ogniska. Następnie zwinięto obóz i znów poszliśmy dalej po duktach lawy i skałach, wśród lianów, paproci drzewiesnych i innych okazów roślinnych — gdy nagle o 5 po południu zaświeciła przed nami przez drzewa żółtawa, falująca przestrzeń i za chwilę wystąpiliśmy z pasu lasów, które jakby sztucznie kończą się tu nagle w 7300’ wysokości. Przed nami leżała wysoka powierzchnia falującej prerii, która pokrywa wyższe regiony gór. Był to wspaniały widok! „A glorious view” — jak zawołał na to Burton120, gdy jako pierwszy biały wspinał się na te same szczyty 25 lat temu. Pod nami leżał zielony, spadający ku morzu pas lasów, dokoła zaś ten step, prowadzący nad chmury. Zachodzące słońce ozłacało tę panoramę, rozlewając nad nią różowe, lśniące się światło; tak błyszczą czasem szczyty Alp lub Kaukazu. Po godzinie dalszego marszu weszliśmy w leśną kępkę (które tu i ówdzie leżą rozsiane na tym otwartym terenie) i stanęliśmy przy najwyższym źródle gór, w Mann’s Springu.