Tu zastaliśmy kilka bambusowych chat, starych wprawdzie, dziurawych i opuszczonych, lecz w każdym razie więcej znaczących niż dziewicze pole lub las. Chaty te zbudowało czterech Szwedów, którzy tu przybyli niedawno temu dla polowania i handlu, lecz następnie znów opuścili Mann’s Spring, przenosząc się niżej w góry do Mapanii. Ich oto chaty posłużyły nam teraz na nocleg. O 6 po południu temperatura wynosiła 16 °C. Wkrótce zapalono ogniska, Krumani zaczęli gotować swój ryż, Boandczycy swe plantany w oleju palmowym, reporter swe konserwy, a my wszystkiego po trochu. Zimno dawało się już uczuwać i kazałem palić ognie przez całą noc. Następnego dnia, 11 grudnia, o wschodzie słońca mieliśmy 11 °C.
Chciałem oznaczyć punkt wrzenia wody, lecz fatalnym trafem pyszny121 termometr pękł u gałki. Poszedłem obejrzeć następnie słynne źródło, dzięki któremu Mann’s Spring otrzymał swą nazwę i stał się stacją zwykłą, tak dla dzikich strzelców krajowych, jak i rzadkich białych. Leży ono o 20 kroków na prawo od chat Szwedów w zaroślach i przedstawia naturalny mały basen w kamieniach, mający 3 stopy długości, niecałe 2 stopy szerokości i mniej więcej 1 stopę głębokości. Zdaje się, że tak wątły basenik jest mało znaczny — a jednak jest on dobrodziejstwem wyższych przestrzeni gór i zawsze dostarcza wody podróżnikom. Forma źródła jest sercowa, ku zaokrąglonej górnej części tego serca sączy się ze skały świeża woda, podczas gdy z drugiego, ostrego końca baseniku spływa strumyczek na dół, zmieniając ciągle wodę źródła, która też jest niezwykle czysta i świeża; temperatura tej wody w samym źródle, mierzona rano o godz. 7, była 14 °C.
O godz. 8 a. m. ruszyliśmy dalej. Stąd trzeba zabierać o ile możności jak największy zapas wody, gdyż wyżej nie ma jej już nigdzie. Toteż zaopatrzyliśmy się w 60 litrów wody niesionych w damżanach i jednej wielkiej kalabasie.
Marsz tego dnia miał być krótki, gdyż tak wypada ze względu na najlepsze miejsce następnego noclegu. Jest to wątła chatka z mchu i gałęzi stojąca o 2000’ wyżej nad Mann’s Springiem, czyli w wysokości 9350 stóp. Wybudowali ją krajowcy z Buei (już nam znanej), by mieć nocleg w górach podczas polowań na antylopy. Ci krajowcy z Buei są w ogóle tu, w tych wysokościach, jedyni, których się czasem spotyka, miasto ich jest albowiem, jak już wspomnieliśmy, najwyższym miastem Gór Kameruńskich, a że polują wiele i prowadzą również dosyć ożywiony handel z zachodnimi skłonami gór, z plemionami Bomboko, więc prowadzi dzięki nim ścieżka — najwyższa w górach — z Buei do owej chatki, do której właśnie dążymy (a którą angielska mapa gór podaje jako Hunters Hut), dalej do Mann’s Springu, a stamtąd przez skłony zachodnie do miasta Bomano.
Teren wszędzie stepowy, gdzieniegdzie sterczą kratery i bloki lawy, wkrótce za Mann’s Springiem sterczy Earthwork Crater, czyniący wrażenie wielkiego szańca polowego, tu i ówdzie jeszcze kępka drzew, lecz coraz rzadziej — wiatr zaś, już niczym niewstrzymany, tnie pełną siłą po otwartych skłonach.
O 11 a. m. wchodzimy w jedną z małych kęp zarosłych drzewami i krzakami i spostrzegamy tu ową chatkę krajowców Buei. Byłem zdziwiony z tak krótkiego marszu — niespełna 3 godziny, lecz radzę temu, który by po mnie chciał przedsięwziąć to samo zadanie, ograniczyć się na tym marszu, ponieważ: 1) daje to możność stąd jeszcze posłać ludzi nazad do Mann’s Springu po nowy zapas wody, której tu trzeba urządzić, na dalszy ciąg podróży pod górę, skład niejako; 2) marsz dnia następnego jest niezmiernie ciężki i lepiej wypocząć tu pod osłoną kępki i chatki, aniżeli posunąć się dalej na odsłonięte wyżyny i nocować przed główną batalią — na jutro przypadającym wdrapaniem się na szczyt — w namiocie, pod wiatrem świszczącym.
Najbardziej cierpią w tych wycieczkach czarni tragarze, drżący od zimna, do którego nie są przyzwyczajeni; toteż kazałem Krumanom rozłożyć się w chacie baejskiej, a sami stanęliśmy wśród kępki osłaniających zarośli pod namiotem. Kępka ta dostarcza też dostatecznie drzewa na opał i słupów do namiotu, których to przedmiotów do tego punktu transportować nie potrzeba. Stąd jednakże dalej — jest to koniecznością.
W południe temperatura w kępce chatki buejskiej była 18 °C, wkrótce potem jednakże zachmurzyło się niebo i termometr spadł do 16 °C.
Gdy ludzie skończyli gotowanie i jedzenie, posłałem część ich na nowo po wodę do Mann’s Springu, wylewając zabraną stamtąd rano do kociołków, by móc napełnić o ile możności wszelkie naczynia i opróżnione butelki. Następnie rozłożyliśmy się w namiocie pod kołdrami, dzwoniąc zębami od zimna, któregośmy od dawna nie czuli, choć bowiem termometr nie stał tak nisko, wydawało nam się jednak zimno daleko silniejsze z przyczyny 2 lat spędzonych już w Afryce.
O 4:30 p. m. ludzie wrócili z wodą z Mann’s Springu. Spisali się dzielnie, za co wynagrodziłem ich butelką rumu. O 5 p. m. temperatura = 13 °C, o 6 p. m. temp. = 12,50 °C, o 7 p. m. temp. = 12 °C.