Wieczorem zimno dało nam się w zupełności we znaki. Każdy z Krumanów miał wyznaczoną grubą kołdrę, każdy z nas dwa okrycia, oprócz tego, przygotowując się na noc i na dzień jutrzejszy, włożyliśmy po 2 singlety122, 2 koszule, 2 pary skarpetek, podwójne pantalony123 i flanelowy kaftan. O rozbieraniu się na noc naturalnie w takiej podróży myśleć nie można i podróżnik musi być przygotowany na to, że podczas 8 dni wycieczki na pik kameruński ani razu nie będzie się rozbierał.

Dnia 12 grudnia wreszcie mieliśmy stanąć u celu. Noc była zimna, temperatura rano o 6 po wschodzie słońca = 12 °C. Zaraz od 6 a. m. zaczęliśmy zwijać obóz i pakować. Połowa ludzi tu miała pozostać z częścią bagażu; z nami zaś wyruszyło tylko 5 Krumanów i przewodnik Silva — z wodą, kołdrami, namiotami i słupami do niego, prowiantem na 2 dni i drzewem na opał. O 7 a. m. ruszyliśmy z miejsca. Droga prowadziła niezmiernie stromo miejscami. Krumani uginali się pod ciężarem swych ładunków, lecz mimo to szli żwawo naprzód — pomiędzy stokami lawy, drobnymi kraterami i skarłowaciałymi krzakami, z rzadka rysującymi się tu i ówdzie na stepowej powierzchni, prowadzącej ku wierzchołkowi, a pokrytej bladą trawą i mchami. Lodowo zimny wiatr szczypał w twarze i ręce tak, że było trudno trzymać kije góralskie, a rozrzedzona atmosfera utrudniała oddychanie. Sceneria wspaniała mimo swej północnej nagości. Pod nami chmury zakryły świat żyjących i sprawiają wrażenie, jak gdybyśmy byli oderwani od niego, dokoła zaś, jakby wyspa w powietrznym oceanie, falująca powierzchnia szczytów górnych, wyżyn i kraterów, pomiędzy którymi co chwila zrywa się antylopa i uciekając, bije kopytami po skałach.

Kierunek wiatru jest od E na W (taki sam kierunek chmur będących nad nami). W wysokości 10 700 stóp mniej więcej termometr postawiony za krzakiem chroniącym go od wiatru pokazywał o 8:10 a. m. 13 °C, wystawiony zaś na wiatr spadał o 3°. Około 11 a. m. sam szczyt, królujący jako oddzielna masa o trzech głowach nad całym kompleksem wyżyn, zarysował się jasno przed nami. Środkowa z tych trzech głów jest właściwym Mongo-ma-Lobah, czyli „Pico Grande” Bartona.

U stóp jednego z licznych wierzchołków otaczających Mongo-ma-Lobah stanęliśmy dla śniadania i rozbili namiot. Przed nami ciągnęło się olbrzymie pole lawy, przez które — ze 3 kilometry długie — miała wieść nasza droga na szczyt. Postanowiliśmy tu pozostawić i resztę ludzi, sami ruszyliśmy z przewodnikiem przez lawę, by dotrzeć do głównego wierzchołka i wrócić wieczorem tu do ostatniego obozu. Lecz przeszedłszy lawę, ujrzeliśmy, że droga na szczyt jest jeszcze tak daleka, iż ryzykowaliśmy nie zdążyć przed zachodem słońca do pozostawionego namiotu. Posłałem więc Silvę do ostatnich 5 Krumanów, by przenieśli namiot i tłumoki przez lawę i posunęli obóz na miejsce, z którego właśnie wysyłaliśmy Silvę — bliżej samego piku. Posłuszny Murzyn zwinnie ruszył nazad. Poleciliśmy mu, by zapalił wielki ogień, gdy obóz będzie przeniesiony na to miejsce, abyśmy go mogli rozpoznać, wracając z piku — i sami we trzech, mając szczyt przed sobą, zaczęliśmy się spinać na sędziwego olbrzyma Gór Kameruńskich. Praca to ciężka, co chwila napotyka się stoki ruchomej drobnej lawy i popiołu, w których obsuwa się noga, pochyłość zaś tak jest stroma, że co kilka chwil trzeba było się zatrzymywać przy jakim głazie lawy. Ostry, niczym nietamowany wiatr wył dokoła dzikim świstem, dążąc po lawie, i zdawał się chcieć nas zerwać z nóg i strącić na dół w przepaść. Rozrzedzona atmosfera przy tym zaledwie dozwalała oddychać i reporter na wpół stracił głos na pewien przeciąg czasu.

Wreszcie o 3:45 p. m. dn. 12 grudnia stanęliśmy na szczycie Mongo-ma-Lobah.

Liczne chmury niestety leżały dokoła i zasłaniały widok. Wysokość 14 000 stóp blisko — także niestety — była za wielka dla mego aneroidu, który nie wskazywał więcej, lecz oceniam wysokość naokoło 14 000 stóp. Termometr pokazywał o godz. 4 p. m. +4 °C. Roślinności już prawie żadnej, tylko tu i ówdzie bladoszare mchy. Janikowski znalazł tu niewielkiego zielonawego ptaka nieżywego. Widocznie zaniosły go tu wiatry i uległ samotny turysta zimnu. Sam szczyt nie jest obszerny co do miejsca. Wielki krater zerwał jego ścianę, która spada jako ziejąca przepaść; krawędź jej nawet ciągle się obrusza i od czasów ostatnich dwu wejść musiał się sam szczyt znacznie zmienić. Lodowy wiatr kazał nam drżeć od zimna mimo derki grubej, którą się osłoniłem. Zanieśliśmy byli z sobą mocną butelkę, do której włożyliśmy dokument na górze napisany, a świadczący po łacinie, iż A. D. 1884, Dec. m. 12-mo d. Stephanus Rogoziński ac Leopoldus Janikowski — Poloni, et Hugonus Zöller — Germanus, in hunc summum montem, cui nomen est Mongo-ma-Lobah vel Mons Dei, profecti sunt124. Butelkę tę zakorkowałem silnie, a wstawiwszy korkiem na dół do połowy w ruchomą lawę i ziemię, obstawiliśmy ją kamieniami.

Równocześnie zaszczycili mnie koledzy tej wycieczki, nazywając prawego sąsiada z trzech głów piku „Mons Rogoziński”, lewy zaś otrzymał nazwę „Honorata”.

Zimno jednakże było tak silne, iż zeszliśmy już o 4:15 z głównego piku i zatrzymali się nieco dla odpoczynku w siodle łączącym nowo nazwaną Górę Rogozińskiego z głównym pikiem Mongo-ma-Lobah. Tu w miejscu więcej osłoniętym termometr wskazywał 11 °C.

Drogę na dół odbyliśmy z niezmierną szybkością, po części zlatując, po części zsuwając się z wierzchołka — choć zdążyliśmy zebrać nieco mchów i porostów, o które prosił nas jeden z uczonych naszych w kraju — i o godz. 5:30 p. m. stanęliśmy znów w miejscu, gdzieśmy wysłali byli Silvę, by sprowadził tu nasz obóz. Wkrótce też ujrzeliśmy dym w danym miejscu. Wszystko było w należytym porządku i namiot z Krumanami już przeprowadzony — stał w rodzaju wypalonego starego krateru, o ile można, zasłonięty od wiatrów.

Po zimnej nocy ruszyliśmy następnego dnia, 13 grudnia, do pozostawionej w chacie buejskiej pierwszej części Krumanów z resztą bagażu, a zastawszy ich w należytym stanie, puściliśmy się zaraz, po godzinie odpoczynku, dalej na dół do Mann’s Springu. Droga na dół, jak zwykle w górach, idzie daleko szybciej i następnego dnia, 14 grudnia, wyruszywszy o godz. 7:30 a. m. z Mann’s Springu, stanęliśmy o godz. 12:30 p. m. dla śniadania w Isumie, a opuściwszy ją po dwu godzinach odpoczynku, przybyliśmy o godz. 5:15 p. m. do Boando — znów między ludzi.