Wieść, żeśmy szczęśliwie tą drogą dotarli do piku — gdyż pierwsze dwie ascensje125 były podejmowane nie na Boando z Boty, lecz przez Victorię i Mapanię — rozeszła się szybko wszędzie i tego samego jeszcze wieczora przybyła wielka ilość krajowców, „by się nam przypatrzyć”, pomiędzy plemionami gór albowiem wejście na szczyt zdaje się niemożliwe, ponieważ podług ich mniemania złe duchy goszczą ustawicznie na Mongo-ma-Lobah.
Następnego dnia, 15 grudnia, stanęliśmy nazad na stacji Mondoleh, odbywszy podróż na górę w pięciu dniach, drogę z góry zaś w trzech.
Pan Zöller pożegnał się z nami i odpłynął na Rzekę Kameruńską, prosząc o pozwolenie zabrania pożyczonej mu busoli, i prawdopodobnie za pomocą niej zestawił owe „mapy stron kameruńskich”, które następnie przesłał wraz ze wspaniałymi opisami swej działalności do Niemiec, a które opisują miejscowości, w których p. Zöller nawet nigdy nie był, również jak i fakta niebywałe.
Tymczasem zaczęliśmy się przygotowywać do ponownego wyruszenia w głąb, któreśmy projektowali przez rzekę Lungasi, jedno z głównych ramion Rzeki Kameruńskiej, gdy nagle rozeszła się wieść, że na Rzece Kameruńskiej wybuchła wojna pomiędzy krajowcami a Niemcami. Stosownie do opowiadania krajowców rzecz miała się w następujący sposób: niemieccy delegaci, traktując o Kamerun, o który od 2 lat przedtem traktował delegat angielski, p. Hewett, niestety zbyt powolny i nieenergiczny (gdyż krajowcy rzeki po dwakroć prosili go sami o protektorat angielski), zawarli umowy jedynie z królami Bell i Akwa, gdy zaś na podstawie okupionych umów zatknęli swe sztandary nad całą rzeką, wtedy kacykowie nieuwzględnieni, a pomiędzy nimi głównie Lok-Prisso, kacyk miast Hikory, i naczelnicy z Josstown, oparli się okupacji ziem będących pod ich jurysdykcją i władzą, twierdząc słusznie, że nie zawierali żadnych traktatów z Niemcami, że przeciwnie, oczekują wciąż angielskiego protektoratu, o który wręczyli p. Hewettowi już dawno podanie. Oświadczyli więc, że sprzeciwiają się zaborowi niemieckiemu i że nikt nie ma prawa naruszać ich własności bez ich woli, a gdy delegat niemiecki zatknął mimo to na smutnej zasadzie siły przed prawem swe sztandary w mieście Hikory, rezolutny Lok-Prisso oświadczył, że jeżeli nie usuną niezwłocznie takowych, on to uczyni. Wtedy komisarz niemiecki, dr Nachtigal, cofnął swój sztandar z Hikory, ale naturalnie wyczekiwano tylko pierwszej okazji do zwady, by to, czego nie można było wziąć prawnie, wziąć siłą. Okazja wkrótce się nadarzyła. Od dawna trwały spory między kacykiem Lok-Prisso a królem Bellem, protegowanym niemieckim. Gdy więc ludzie z Hikory rozpoczęli wojnę z królem Bellem, do której przyłączyło się Josstown, oburzone na Bella, że oddał kraj wbrew woli krajowców i innych kacyków, niemieckie okręty, stojące wtedy na kotwicy w Kamerunie, schwyciły skwapliwie tę okoliczność, by występując w imieniu swego protegowanego zająć teraz oponujące miasto. Zbombardowano Hikory i Josstown, atoli przy walecznej obronie takowych i niestety przy niejednej stracie życia w obu obozach. Nieszczęśliwy Lok-Prisso musiał z resztką swej drużyny uciekać w gąszcze, a z miast jego pozostały tylko zgliszcza chat spalonych przez Niemców naftą i trupy zabitych. Później dopiero poznali Niemcy sami, że w owym sporze z Bellem sprawiedliwość była po stronie Lok-Prissa. Wtedy niemiecki admirał Knorr126 kazał mu oświadczyć „wielkodusznie”, że pozwala mu powrócić do swej siedziby. Pomiędzy krajowcami jednakże napotykają się postacie istnie heroiczne. „Czy odbudujesz me miasto i wskrzesisz mych zabitych?” — kazał odpowiedzieć pokrzywdzony Lok-Prisso. „Nie, naturalnie” — odparł niemiecki admirał. „W takim razie — odrzekł dumny Afrykanin — sam będę wiedział, co czynić”.
Rezultatem tych smutnych zajść było ogólne rozprężenie stosunków na Rzece Kameruńskiej, krajowcy pouciekali w gąszcze, zalegli creeki, wszelka komunikacja ustała. Do zatoki Ambas przybyła wtedy angielska korweta „Rapid”, mająca popłynąć do Fernando Poo, słysząc jednakże o tym, co zaszło na Rzece Kameruńskiej, komendant jej, p. Campbell, postanowił zawinąć najprzód do Kamerunu.
Chętnie przyjąłem jego zaproszenie udania się jego okrętem na wojującą rzekę, by przekonać się naocznie, czy rzeczywiście nie będziemy mogli wyruszyć teraz w głąb po rzece Lungasi. 26 grudnia i dnia następnego, stojąc na „Rapidzie” w Kamerunie, przekonać się musiałem niestety, że zamiar nasz jak na teraz był rzeczywiście niewykonalny, przyszło się więc pożegnać po raz drugi z planem dalszego dotarcia w głąb, odkładając to do jakiej późniejszej podróży, a tymczasem pomyśleć o powrocie do Europy dla odpoczynku.
Zanim to jednak nastąpiło, miało przejść jeszcze sześć przeszło miesięcy pełnych zajść gorączkowych i nieoczekiwanych.
Wojna kameruńska, bombardowanie przez niemieckie okręty wspomnionych wyżej miast porzecza przestraszyło krajowców gór i angielską osadę Victoria, poproszono więc angielskiego konsula p. Hewetta o utworzenie linii traktatów na wschodnich skłonach, które by zasłoniły kraje górskie również od strony rzeki Mungo, od której były jeszcze otwarte i wystawione na niebezpieczeństwo zaboru niemieckiego, który w takim razie mógłby był zredukować protektorat angielski, osiągnięty przez kanonierkę „Forward”, po prostu do nominalnej linii brzegowej.
Delegaci dra Nachtigala, jeneralnego komisarza niemieckiego, wyruszali leż w rzeczy samej już od strony Bimbii i Mungo ku wschodnim skłonom gór. 4 więc stycznia, podczas kiedy leżałem chory na febrę w Fernando Poo, przybył tam z Kamerunu p. Hewett, konsul angielski, prosząc przez wysłanego do mnie wicekonsula, p. Harolda White, bym mu nie odmówił widzenia się z nim na pokładzie kanonierki, która go przywiozła w sprawie Gór Kameruńskich, dodając, że sam leży chory na dyzenterię127. Gdym się uczuł zdrowszy, udałem się na pokład i po dłuższej rozmowie z konsulem zgodziłem się oddać mu przysługę, o którą chodziło, a mianowicie: udać się zaraz do zatoki Ambas, przekonać się o stanie rzeczy na wschodnich skłonach gór i postarać się o zabezpieczenie takowych dla angielskich interesów. P. Hewett dodał, że z przyczyny choroby sam do zatoki Ambas udać się nie może i że nawet, gdyby to mógł uczynić, byłoby to dla niego daleko trudniejszym zadaniem niż dla mnie ze względu na stosunek, w jakim stałem do krajowców. Przewieźć miała mnie korweta „Rapid” i rzeczywiście 6 stycznia stanęliśmy przed stacją Mondoleh, skąd zaraz wyruszyliśmy do Victorii, by nie tracąc czasu, przekonać się o stanie rzeczy. Tu panował ogólny niepokój. Na brzegu spotkał nas p. Brew, cywilizowany czarny, który przez angielskiego konsula był mianowany prezydentem Rady Victoryjskiej (stanowiącej zarząd nowej tej posiadłości angielskiej), donosząc, że przy pomocy (wspomnianych już) Szwedów, mieszkających od roku mniej więcej w górach, Niemcy traktują z kacykiem kraju Likumbe, znajdującego się o kilka godzin drogi od Victorii, a stanowiącego główny jej rynek żywności, po odcięciu którego Victoria straciłaby główne warunki swego bytu.
Wyruszyłem więc zaraz w góry dnia następnego, poradziwszy zakłopotanemu p. Brewu wydelegować ze mną emisariusza Rady Victoryjskiej, który by w jej imieniu podpisał układ z kacykiem z Likumbe, wcielający tę miejscowość do kolonii Victorii, w razie gdyby takowy usłuchał mnie, o czym nie wątpiłem. Tak się też stało: kacyk Likumbe podpisał traktat angielski z reprezentantem Rady Victoryjskiej i właśnie wznosiła się ich flaga na postawionym naprędce maszcie, gdy ujrzeliśmy przybywającą z drugiej strony parowu partię Szwedów, którzy, jak poznałem, stanęli z niemieckimi reprezentantami w takich stosunkach, jakimi były nasze do Anglików. Zawiedziona w Likumbe partia naszych antagonistów udała się, widząc, że przyszła za późno, niezwłocznie dalej do krajów Soppo i Buei, by nas tam uprzedzić, lecz pod tym względem nie potrzebowaliśmy się obawiać, gdyż zawczasu rozesłani posłańcy do owych kacyków, a również i telegraf krajowy — znany nam już bębenek — dozwalały nam porozumiewać się prędko z krajowcami, którzy nie przyjęli niemieckich delegatów mimo długich palawrów, lecz czekali naszego przybycia i połączyli się za przykładem Likumbe przez takież traktaty z kolonią Victorią. Takie wyprawy i traktowania pomiędzy Bakwirami trwały do 25 stycznia, do którego to dnia główne klany wschodnich skłonów połączyły się z Victorią. Znajdowałem się właśnie w ostatnim z połączonych, w Lisoce, gdy nadszedł kurier z Victorii, przynosząc list zaopatrzony pieczęcią angielskiego konsulatu. Było to pismo wicekonsula p. Harolda White, pisane w Brass (jednym z ujść Nigru), a przywiezione przez kanonierkę „Watchful” do zatoki Ambas. Donosiło ono, że konsul Hewett musiał opuścić brzeg afrykański z przyczyny swej choroby i odpłynął do Europy, funkcje zaś jego objął p. Harold White i prosi o zakomunikowanie mu rezultatów osiągniętych w górach.