Tak zaprodukowało się kilkanaście żon królewskich. Gorąco było niezmierne. Czystego ciemnosinego nieba, które niby błękitna przezroczysta opona rozpościerało się ponad nami, nie przerywała najmniejsza nawet chmurka. Atmosfera zdawała się być rozpalona, lecz niestrudzone nasze bajadery28 nie zrażały się tym bynajmniej. Gdy zmęczenie kazało im na chwilę wypocząć, widocznie niecierpliwiły się i z nowym zapałem wypadały na arenę.
Po tańcu żon królewskich nastąpił taniec mężczyzn. Był on nieco odmienny. Tancerze puszczali się pędem na przeciwległy koniec placu, a następnie — trzęsąc się w wyżej opisany sposób — przybliżali się do nas. Od czasu do czasu zaś wybiegało dwóch malców królewskich, rozpuszczając poza sobą długie białe płótna niby powiewające skrzydła.
Słońce tymczasem zaczęło się skłaniać ku horyzontowi, uszy nasze pękały po prostu, toteż pobłogosławiliśmy chwilę, w której Amatifu dał znak do zakończenia uroczystości. Wyniesiono dla tancerzy i tancerek kilka skrzyń dżynu29, ofiarowanych w naszym imienia przez p. Bretignére, oraz kilkanaście sztuk materii dla żon królewskich i podziękowawszy Amatifowi za to jego przyjęcie, opuściliśmy afrykański ten cyrk, udając się do naszych pokoi na odpoczynek. Niedługo jednakże mogliśmy w nich pozostać. Niebawem przybył posłaniec od króla, oświadczając, że Amatifu pragnie wręczyć nam mały upominek na pamiątkę dni u niego przebytych i że w tym celu zaraz po naszym przybyciu zwołał swych złotników, którzy wykończyli dla nas pierścienie, by je teraz nam wręczyć.
Trzeba było znów zejść na wewnętrzny dziedziniec i wkrótce stanęliśmy w prywatnych komnatach króla. Zastaliśmy go w podłużnej auli siedzącego na tym samym sorentyńskim fotelu, który mu służył w czasie uroczystości, i otoczonego licznymi domownikami.
Podniósł się nieco na nasze powitanie i zapytawszy, jak podobała się nam zabawa, wręczył mi przez Kastora wielki złoty pierścień krajowego wyrobu. Podobne, mniejsze, otrzymali moi towarzysze. Wyraziłem od nas wszystkich podziękowanie za te drogocenne i miłe pamiątki i powróciliśmy do głównego skrzydła pałacu.
Czas nam jednakże opuścić dwór gościnnego Amatifu. Właściwie leżało w projekcie mej podróży udać się jeszcze do katarakt rzeki Krindżabo, znajdujących się w Aboasso, lecz pomiędzy mymi towarzyszami wybuchła febra30 nagląca do powrotu na brzeg morski.
Przy pożegnaniach wydarzyły się jeszcze różne oryginalne sceny. Następca tronu, Akazamadu, chciał koniecznie dać dla nas drugą uroczystość, a ponieważ nienawidzi królewskiego swego stryja z powodu jego sił żywotnych, chciał zaćmić daną przez niego zabawę jeszcze większym splendorem i prawdopodobnie jeszcze większymi bębnami.
Amatifu zaś, dowiedziawszy się o tym, postanowił posłać swych szpiegów na uroczystość Akazamadu i następnie dać trzecią, jeszcze świetniejszą. Przyśpieszony nasz wyjazd jednakże musiał powstrzymać ich szlachetne zapały.
Pożegnaliśmy się serdecznie i następnego poranku karawana nasza kroczyła znów ku rzece. Tu miałem dziwny dowód przywiązania: jeden z młodziutkich synów królewskich, mały Anema, przyszedł do mnie późno wieczorem w przeddzień wyjazdu, prosząc, by go wziąć ze sobą. Był to śliczny chłopczyna. Z rękami skrzyżowanymi na piersiach oczekiwał mej odpowiedzi i zwiesił ze smutkiem głowę, gdym mu wytłumaczył, że to jest niemożliwe, a gdyśmy następnego rana ruszyli ku łodzi, Anema z zawiniątkiem pod pachą, postępował tuż za mną. „Nie można Anema — rzekłem mu. — My nie wracamy teraz do kraju białych, droga prowadzi jeszcze daleko, do innych waszych plemion, głęboko w gąszcze. Najczęściej nie będziem mieli ni domu, ni dachu i Duch Wielki wie, co nas czeka”.
Ale Anema nie dał się uspokoić i już byliśmy daleko na rzece, gdy stał jeszcze nad brzegiem, patrząc łzawym okiem ze zwieszoną główką za odpływającymi.