Przybywszy nareszcie znów na brzeg morski, ujrzeliśmy z przyjemnością „Łucję-Małgorzatę”, kołyszącą się spokojnie na falach, i po dniu wytchnienia, podziękowawszy serdecznie gościnnym Francuzom z faktorii, podnieśliśmy kotwicę.
Świeży wiatr morski rozdął żagle i popłynęliśmy dalej na wschód.
Zwiedziwszy angielską kolonię Złotego Brzegu31, zmieniliśmy wreszcie kierunek i dn. 16 kwietnia 1883 roku ujrzeliśmy ze świtem wspaniały Clarence-Pic32, prawie cel naszej żeglugi, wyspę Fernando Poo.
Urocza ta wyspa przedstawia się jakby bukiet zielony, podnoszący się z fal oceanu. Z naturalnego wału okalającego jej port, zwany Santa Isabel33, zwieszają się festony lianów34 ku morzu, podczas gdy główny wierzchołek jej gór, z czołem podniesionym ponad obłoki, króluje dumnie ponad spokojnym obszarem Atlantyku.
Przybycia do Santa Isabel oczekiwaliśmy wszyscy z niecierpliwością, tu albowiem po długich tygodniach mieliśmy znaleźć listy z Europy — wieści z dalekiego kraju. Hiszpanie, do których ta posiadłość należy, przyjęli nas bardzo gościnnie i podczas gdy skupywano materiał budowlany dla mającej się wkrótce rozpocząć w Górach Kameruńskich stacji naszej, spoglądaliśmy ku owym górom pełni oczekiwania, 20 bowiem mil morskich zaledwie dzieliło nas od tej ostatniej naszej mety, od której rozpocząć się miała pionierka po nieznanym lądzie.
Wyspa Fernando Poo jest tak blisko brzegów kameruńskich, że podczas pogodnych poranków i wieczorów rysują się wyraźnie górzyste ich kontury na północno-wschodniej stronie horyzontu. Nie zatrzymujemy się więc na niej, gdyż towarzysz mój Janikowski właśnie wydał szczegółowy jej opis, i płyńmy dalej, by stanąć u celu podróży.
Pragnienie dotarcia do niego pożerało mnie kompletnie, chciałem nareszcie stanąć na tej ziemi, o której niejedną noc przedumałem w Europie w szkołach jeszcze, w domu i później na pokładach okrętów za czasów mej służby marynarskiej. Toteż wyprzedzając innych, postanowiłem pozostawić jeszcze okręt w Fernando Poo i puścić się naprzód w otwartej szalupie na rekonesans. Dzielny i drogi mój Tomczek siadł naturalnie ze mną u steru. Było to po prostu szaleństwem, na które sam dziś spoglądam ze zdziwieniem, ale wieleż35 szaleństw nie popełnia człowiek w życiu, w gonitwie za urzeczywistnieniem swej wymarzonej myśli.
Wypłynęliśmy z Santa Isabel o świcie. Czterowiosłowa nasza łódź niosła oprócz nas (dwóch białych) trzech majtków Europejczyków, dwóch Murzynów, prowiant na dwie doby, kompas z wizerem36, mapę nautyczną37 i kostium na zmianę dla każdego Europejczyka. Około południa byliśmy na pełnym morzu, brzegi zginęły przed nami i poza nami i musieliśmy sterować podług kompasu. Gdy podnosiła się bryza, stawiałem żagiel, gdy opadała — czarni i biali wioślarze zasiadali do pracy, a towarzyszyło nam słońce jedynie, krzyżujące w swym wysokim biegu kierunek naszej drogi. Wreszcie zaczęły się przed nami wynurzać Góry Kameruńskie — ukazała się zatoka Ambas, wyspy Mondoleh i Ndameh, skłony Mongo-ma-Loby38, których taras otacza zatokę amfiteatralnie — ale słońce zaszło, a jeszcze nie byliśmy u brzegu. W stronach tropikalnych ciemność następuje niezwłocznie, trudnym więc stało się nagle nasze zadanie: wchodzić w nocy do nieznanej miejscowości39, i to jeszcze na wybrzeżu afrykańskim, zwykle otoczonym burunami40. Ale cóż to znaczy, gdy się jest tak blisko celu! Musiało pójść i poszło. Bystre oko Tomczeka dostrzegło światełko na brzegu i sterowaliśmy w jego kierunku. Wkrótce byliśmy tuż przed nim, dały się słyszeć głosy z lądu i za chwilę łódź nasza ugrzęzła w piasku płaskiej przystani. Muszę się przyznać, że byliśmy obydwaj do pewnego stopnia wzruszeni na myśl, iż stoimy rzeczywiście u stóp Gór Kameruńskich, ale uczucia miały być nagle i niemile przerwane. Zaledwie bowiem uczuliśmy grunt pod dnem łodzi, gdy uderzył w nią nadbiegający burun, sprawiając nam nieoczekiwaną zimną kąpiel. Wyskoczyliśmy więc z łodzi i nakazując ludziom co prędzej wynosić nasz bagaż na brzeg, brnęliśmy sami ponad kolana w wodzie.
Ciemność była zupełna, ale mogliśmy zauważyć, że otoczyła nas chmara czarnych, przyglądających się z ciekawością nieznanym przybyszom.
Po żargonie angielszczyzny, jaką mówili, oraz po europejskich kostiumach i kapeluszach domyśliłem się, że znajdujemy się w osadzie Victoria, utworzonej dwadzieścia kilka lat temu przez angielskich niby misjonarzy, baptystów41, i że otaczająca nas publika przedstawia tak nazwanych „kolorowych dżentelmenów”, nieudolne utwory misji angielskich.