Wkrótce podszedł ku nam przełożony tej osady, p. Brew, stary Murzyn o siwej brodzie, ubrany po europejsku, zapytując, czy nie zechcemy zajść do niego, przebrać się i rozgościć. Udaliśmy się więc do jego domu, majtkowie wnieśli za nami przemoczone rzeczy i pomyślawszy o ich wieczerzy i posłaniu, udaliśmy się na spoczynek.
O świcie następnego dnia rozbudziliśmy się i spojrzeli dokoła. Czarujący widok przedstawił się naszym oczom; był to krajobraz tej barwnej afrykańskiej Szwajcarii, wśród którego miały nam upłynąć następne trzy lata.
Malownicza zatoka Ambas budziła się właśnie ze snu, tysiące kropel rosy błyszczało wśród parowów i wąwozów jej gór, a w pośrodku wznosiła się wyspa Mondoleh, niby wieniec kwiecisty rzucony na fale zatoki.
Już dawniejsi podróżnicy, Barton i inni, podnosili jej korzystne warunki sanitarne, jej żyzność i piękność. Odległość jej od lądu była zaledwie pół mili morskiej, a północne jej wybrzeża, leżące naprzeciw wspaniałego tarasu gór, przedstawiały cichą i wygodną przystań bez burunów i prądów, izolowane jej zaś położenie nadawało jej prócz tego charakter spokojnego miejsca do pracy. Toteż od pierwszej chwili zgodziliśmy się z Tomczekiem równocześnie na to, że wyspa Mondeleh będzie najdogodniejszym punktem dla utworzenia naszej stacji, niejako bazą operacyjną, czyli główną kwaterą dla przyszłych wycieczek, podjętych w celu zbadania przyległych nieznanych krain.
Zaraz więc, korzystając z porannego chłodu, postanowiliśmy zwiedzić obrany punkt i udaliśmy się razem ku niemu, zabrawszy ze sobą tłumacza. Przybiwszy do wschodniej części wyspy, podnoszącej się do 200 stóp42 wysokości ponad poziom morza, udaliśmy się wąską ścieżką prowadzącą wśród lasu, pomiędzy skałami i urwiskami, na jej płaską wyżynę, na której znajduje się osada krajowców, licząca mniej więcej sześćdziesiąt dusz, a pozostająca pod dowództwem osobnego i niezależnego kacyka43 Akemy. Obstąpiło nas mnóstwo kobiet i dzieci, lecz samego Akemy nie było. Znajdował on się na połowie ryb, zeszliśmy więc znów na dół do przystani, posyłając do jego nieopodal stojącej pirogi krajowca i wzywając go, by przybył rozmówić się z nami.
Akema nie dał długo na siebie czekać i za chwilę stanął na wysokim skalistym przylądku, na którym pod rozłożystym drzewem czekaliśmy na niego. Objaśniłem mu, po cośmy przybyli, że pragniemy wybudować kilka domów na północnej przystani wyspy i zamieszkać tam, ażeby poznać przyległe kraje, góry i to, co znajduje się poza nimi. Akema odparł uradowany, że pragnął od dawna przybycia białych ludzi na jego wyspę i że z największą gotowością odstąpi nam teren, jakiego żądamy, naturalnie w nadziei otrzymania wynagradzających podarków. Zgodziliśmy się co do takowych i tegoż dnia, to jest 23 kwietnia 1883 roku, ugoda nasza z krajowcami o wyspę Mondoleh zawarta została.
Zwiedziliśmy razem miejsce przeznaczone pod budowę stacji i oświadczywszy krajowcom, że przybędę tu z okrętem w przeciągu tygodnia, opuściliśmy tego samego wieczora zatokę Ambas, by powrócić do Fernando Poo.
Przemieszkujący jednakże w osadzie Victoria Anglik Thomson, misjonarz baptysta, za nic w świecie nie chciał się zgodzić, byśmy powracali w ten sam sposób, w jaki przybyliśmy, to jest na naszej czterowiosłowej szalupie, dodając, że niechybnie napotkamy na morza tornado, rodzaj huraganu, który by pewną zgotował nam zgubę. Nalegał, byśmy wzięli jego wielki surfboat44, i na nasze szczęście usłuchaliśmy go — nie jeden bowiem, lecz dwa silne tornady45 spotkały nas w drodze. Zmoczeni ulewnymi deszczami, stanęliśmy wreszcie u bortu46 „Łucji-Małgorzaty” w Fernando Poo. Zastałem resztę towarzyszów podróży i załogę w dobrym zdrowiu; toteż nie tracąc czasu, ruszyłem niezwłocznie z zakupionym materiałem budowlanym, pożegnawszy Hiszpanów, do ostatniego naszego portu, zatoki Ambas i wyspy Mondoleh. Dnia 29 kwietnia „Łucja-Małgorzata” stanęła tam na kotwicy. Krajowcy z Mondoleh przybyli na pokład z wielką radością i niezwłocznie rozpięto na północnej stronie obranej przez nas wysepki pierwsze nasze mieszkanie, namiot polowy, w którym zamieszkali Tomczek i Janikowski, mający prowadzić budowę stacji. Krajowcy wzięli się zaraz do wycinania gąszczu, wtórując swojej pracy głośnym śpiewem, i na utworzony plac wyładowano przywieziony materiał budowlany. Następnie pożegnałem chwilowo dzielnych tych dwóch towarzyszów i podczas gdy oni rozpoczęli budowę, popłynąłem „Łucją-Małgorzatą” na Rzekę Kameruńską47, gdzie wyładowano przywiezione rekwizyta ekspedycji w jednej z faktorii rzeki, do wykończenia stacji na Mondoleh.
Mały, lecz dzielny nasz okręt nie był nam już potrzebny od tej chwili. Stąd miała się rozpocząć praca lądowa, trzeba się więc było z nim rozstać, choć ciężko było opuścić te poczciwe deski pokładowe, które przez kilka miesięcy niosły nas wiernie mimo burz i wiatrów po szerokim oceanie, pokazawszy nam niejeden kraj nowy i nauczywszy nas niejednego. Lecz zadanie wymagało tego. Po wylądowaniu naszych przywiezionych własności i zwiezieniu majtków, czekających na parowiec, który by ich odstawił do Europy, „Łucja” odnajęta została jednej z faktorii i zaczęła spełniać krótkie nadbrzeżne żeglugi w służbie tej ostatniej. Niestety, przeszedłszy pod władzę chytrego Niemca, który ją wynajął, dni jej miały być policzone i dzielny nasz żaglowiec, który tak długą odbył z nami podróż, rozbił się w jego rękach w drugim kilkunastomilowym zaledwie kursie.
Ciężki to był cios dla nas. Własność ruchoma była wprawdzie wyładowana, lecz nierzetelny berlińczyk do połowy tylko spełnił swe zobowiązanie co do umówionego wynagrodzenia straty. Nastąpiły smutne i ciężkie czasy, z trudem wywalczone dzieło zaczęło chwiać się już przy brzegu, a gdzież na tej ziemi, powierzonej Opatrzności jedynie, szukać sądów i domagać się sprawiedliwości?