Tu sprawiedliwość jest przy tym, kto w danej chwili jest silniejszy. Był nim wtedy ów kupiec berliński — oszukawszy nas, zaczął nawet naigrawać się z łatwowiernych Polaków, ciesząc się, iż zrobią fiasco.

Tak, byliśmy wtedy łatwowierni, powierzywszy jednemu z nich na słowo, toteż stłumiłem w sobie żółć i uczucie oburzenia, ale stłumiłem je też tylko czasowo. Kiedyś, później — szczątki „Łucji-Małgorzaty” już dawno wody zalały — przyszła chwila, gdzie przemieniły się szale, a wtedy było się mniej łatwowiernym i znało się na darach Danaidów48. Ale to nie należy do dzisiejszej naszej pogadanki.

Rzućmy dziś jeszcze okiem na brzeg, na którym staliśmy, i dokończmy budującą się stację na wyspie Mondoleh, a w następnym odczycie rozpoczniemy w tym samym miejscu wędrówkę w głąb kraju i towarzyszące tejże epizody.

Tak nazwany kraj kameruński składa się w rzeczy samej przy brzegu oceanu z trzech części: 1) z kraju plemienia Dualla, zajmującego porzecze Rzeki Kameruńskiej; jest to kraj bagnisty, pełen mangrowiowych49 niskich brzegów, po części mułem i wodą zalanych, i wcale nie zdrowy dla Europejczyków; 2) z kraju Gór Kameruńskich, czyli plemion Bakwiri i Bamboko; kraj to wspaniały, istna Szwajcaria afrykańska, o zdrowym umiarkowanym klimacie; 3) z małego kraiku leżącego przy prawym ujściu rzeki Mungo, a zwanego przez Europejczyków Bimbią, przez krajowców zaś Isubu.

Każdy z tych krajów stanowi niezależną całość i posiada oddzielny język, jakkolwiek są one wszystkie do siebie zbliżone.

Dnia 19 lipca stacja nasza nareszcie ukończona została, dzielny Tomczek i wytrwały Janikowski dokazali swego, wybudowali dom silny, stosownie do zwyczaju krajowego, wynikającego z potrzeb sanitarnych — zbudowany na palach, a pokryty na zewnątrz cynkowymi płytami; drewniane zaś wiązania i posadzka były bądź z afrykańskiego dębu, bądź z tamtejszego mahoniu.

Aczkolwiek pora deszczowa znajdowała się jeszcze w punkcie kulminacyjnym, jak zwykle w miesiącu lipcu, postanowiliśmy jednakże opuścić stację, rozpocząć przygotowanie bagażu dla wymarszu w głąb i wyruszyć. Dnia 21 więc powierzyłem stację Janikowskiemu jako jej naczelnikowi i po serdecznym pożegnaniu puściliśmy się, Tomczek i ja, w drogę.

Miotały nami najrozmaitsze uczucia, jasno zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że powinniśmy być gotowi na wszystko, wiedzieliśmy, że o kilka staj50 zaledwie od brzegu oceanu będziem na łasce i niełasce tysięcy niepojmujących nas dzikich, ale w wiernej piersi zmarłego już dziś przyjaciela tlał ten sam ogień, który mnie ożywiał; czytałem w jego twarzy jak w otwartej księdze, a mówiła to, co własna wołała ma dusza: „Wiemy, co czynimy, i nic nas nie zrazi”. Naprzód więc ruszyliśmy — stacja, dom, życie europejskie wkrótce znikły nam z oczu i wstąpiliśmy w ciemne gąszcze, pragnąc nieść dla nich pierwsze brzaski świtu!

Rozdział II

Rekwizyta ekspedycji. Creeki. Po Rio Mungo, sceneria brzegowa. Bakundu-ba-Nambeleh, jego kacykowie, ludność i zwyczaje. Polowanie Bakundyjczyków. Lasy bakundyjskie i ich mieszkańcy. Do jeziora Balombi-ba-Kotta. Bafula, wielki „palawer” krajowy. Bobea i katarakta Małego Mungo. Balombi-ba-Kotta. Bakundu-ba-Musaka. Widzimy Góry Rumbijskie. Z powrotem do Bakundu-ba-Nambeleh.