W przeszłym odczycie ukończyliśmy żeglugę naszą na żaglowcu „Łucja-Małgorzata”, przybyliśmy do brzegów kameruńskich i pożegnawszy brzegi oceanu, wyruszyliśmy w głąb afrykańskiego lądu. Podążajmy więc dziś po nim naprzód w tym porządku, jaki stworzyły towarzyszące nam okoliczności.

Bagaż nasz był bardzo liczny. Wieźliśmy z sobą około osiemdziesięciu pak najróżniejszych rozmiarów, a zawierających rekwizyta nasze podróżne, broń i amunicję, najniezbędniejsze instrumenta oraz przedmioty przeznaczone dla Murzynów, bądź jako podarki, bądź jako zamiana na żywność. Te ostatnie składały się z następujących rzeczy: różnokolorowych materii, tytoniu, nożów, prochu, fuzji, krzemieni51, prętów mosiężnych i miedzianych, takichże bransolet, kolczyków, czapek czerwonych, pasków i szarf, pierścieni, tabakierek, fajek, łyżek, paciorków, naszyjników, słoików pomady itp., oraz były tam 3 wielkie parasole o średnicy 10–12 stóp, ozdobione bogato, a przeznaczone dla głównych królów. Ogólny ten bagaż ważył kilkanaście tysięcy funtów, mimo to zabrała go krajowa piroga, czółno murzyńskie wyciosane z jednego pnia; naturalnie takie olbrzymy roślinne wydaje tylko świat tropikalny.

Jedną z rzek, które tworzą zawikłane ujście kameruńskie, jest wspaniały Rio Mungo, po nim też prowadziła pierwsza część naszej drogi do krajów Bakundu. Aż do owych krajów, to jest do ich stolicy Bakundu-ba-Nambeleh, mieliśmy wioślarzy Krumanów52, najętych w Kamerunie, dalej dla drogi lądowej miałem sformować karawanę z Bakundyjczyków.

Aby wypłynąć z Rzeki Kameruńskiej na rzekę Mungo, trzeba błądzić w labiryncie creeków, tj. przesmyków wodnych, łączących ujścia tych rzek. Główny król kameruński, Sango-Ndumbe, czyli król Bell, dał nam przewodnika przez takowe, który z początku był równocześnie i tłumaczem.

Dziwny to widok te creeki wodne, przerzynające, niby sieć, ponure, monotonne lasy mangrowiowe. Jest to świat przestraszający swoją dzikością i kto nie zna Afryki zachodniej, ten nie może sobie przedstawić53 takiej przestrzeni, pokrytej mokrym, fantastycznym gąszczem. Są to z wody sterczące ławy mułu, tworzące się brzegi, na których szare pnie mangrowiów i blada ich zieleń sterczą dziwnie pokręcone we wszystkich kierunkach. Pnie te jednakże nie wznoszą się wprost z ziemi, nie — noszą je wysokie powietrzne korzenie, pomiędzy które spadają inne, wyrastające z gałęzi. Wszystko to razem jako całość przedstawia dla oka dziki jakiś, fantastyczny labirynt, wśród którego podczas odpływu (zwykle w creekach jeszcze panującego) przewijają się w szlamie i mule przez owe pień noszące korzenie węże, jaszczurki i aligatory, a rozbudzonej imaginacji przybysza zdaje się iż widzi jeden z owych zamierzchłych periodów54 popotopowych i że ukaże się lada chwila pomiędzy ohydnymi mieszkańcami tego dziwnego świata amfibii55 fantastyczna postać ichtiozaura56.

Wśród tego labiryntu posuwaliśmy się wolno naprzód. Z początku droga nie przedstawiała żadnych trudności, gdy jednakże creek zwężać się zaczął i czasem gałęzie i liście sterczały w wodzie wezbranego przez deszcze creeku i zakrywały drogę, wtedy płynęliśmy z niezmierną trudnością, zmuszeni co chwila torować drogę długimi nożami. Nagle ujrzeliśmy ją zatamowaną przez drzewo olbrzymich rozmiarów, widocznie przewrócone przez huragan, czyli tornado. Okazały ten pień był zanurzony w wodzie, a przód pirogi osiadł na nim tak silnie, iż w żaden sposób nie można było jej ściągnąć. Musieli więc wysiąść Krumani na leżący pień i przerąbać takowy w połowie, by utworzyć przejście, rachując na to, że prąd je rozszerzy. Była to praca nie lada — drzewo było twarde, siekiery niewielkie, a ciemność nocy, która nas zaskoczyła, także przeszkadzały zadaniu. Wreszcie po kilku godzinach pień z trzaskiem otworzył nam drogę, gdyż prąd rzeczywiście uniósł zaraz luźną połowę. Około północy ruszyliśmy dalej, o spaniu jednak w łodzi mowy być nie mogło — moskity byłyby nam pokiereszowały ciało do niepoznania. Siedziałem więc całą noc wraz z Tomczekiem na skrzyni, paląc jedną fajkę po drugiej.

Creeki ciągnęły się bez końca, skręcając to w prawo, to w lewo. Noc minęła i było już około dziewiątej rano, gdy wpłynęliśmy na rzekę Mungo. Powitaliśmy ją z radością, nie wiedząc jeszcze, ile trosk i ile cierpień mieliśmy przeżyć nad górnym jej biegiem.

Prąd na niej był niezmierny. Rzeka wezbrała przez deszcze ostatnich miesięcy, a wtedy rwąca jej powierzchnia przedstawia się majestatycznie; ale wtedy też posuwać się można po Rio Mungo jedynie prawie przy pomocy długich bambusów, toteż nacięto takowych na brzegu i wiosłowała tylko połowa Murzynów, reszta zaś popychała łódź naprzód, przeciw prądowi. Głębia rzeki była też niemała, wynosiła ona od 12 do 15 stóp, i długie bambusy zanurzały się czasami całkowicie.

Mijaliśmy osady krajowców. Około zachodu słońca zarysowały się na zachodnim brzegu długim pasem Góry Kameruńskie, gdyż płynęliśmy wzdłuż wschodnich ich skłonów, a na prawo rozciągała się pagórkowata kraina Wahpaki i Abo, dzieląca rzekę Mungo od górnego biegu Kameruńskiej. Zwykle płynie się po rzece afrykańskiej tylko we dnie, w nocy bowiem słonie, schodząc z brzegów, odbywają w niej szumne swe kąpiele, ale noce te są tak cudowne, a posuwaliśmy się tak powoli z przyczyny nieprzychylnego nam prądu, że dzięki jasnemu księżycowi korzystaliśmy z nich również.

Jakże pełne uroku były te noce mozolnej jazdy po rzece Mungo! Widok lśniącej się niby srebro wstęgi rzeki, okolonej ciemnymi konturami bujnej tropikalnej roślinności był przy tym świetle zaiste magiczny! Tomczek dostał był febry, leżał w gorączce majacząc — co chwila patrzałem z niepokojem na cierpiącego towarzysza, ale mimo to nie mogłem się zupełnie oderwać od nocnej scenerii, jaka nas otaczała, przesuwając się powoli przed nami. Siedząc zadumany przy chorym przyjacielu na krawędzi naszej łodzi, puściłem myślom wodze. Czasem spoczęło oko na fantastycznych zarysach koron palmowych, których grupy niby ciemne, pierzaste chmury sterczały tu i ówdzie nad gąszczem brzegowym, za chwilę przyciągnął wzrok olbrzymi baobab, tam znów opodal stał pień wysokiej ceiby57, której tornado strzaskał koronę. Pokryły go liany i paprocie drobne, niby bluszcz z naszej północy, i stercząc pojedynczy w magicznym świetle księżyca, zdaje się kolumną ostatnią starych ruin.