Lecz tu nie ma ruin! Dokoła wycie lampartów, monotonny śpiew ptaka trębacza lub plusk rzucającego się hipopotama, podczas gdy szelest łamanych gałęzi oznajmia, iż słonie rozpoczęły swe nocne pochody. Tu nie ruiny, lecz są zaczątki! Tu nie przedzierały się nietrwałe pochody Pizarrów i Cortezów58 lub tych portugalskich nachodźców, którzy rozrzucili swe ślady i zamki w innych punktach tego lądu. Tu jeszcze panuje zmrok nocy, w którą czas teraźniejszy pierwsze przesyła promienie świtu.

Raz zwykle na dobę zatrzymywaliśmy się: czasem dla noclegu, czasem dla zgotowania żywności, wybierając w tym celu zwykle jaką osadę lub chatę murzyńską, a jeżeli tego nie było, wtedy zastawiano kociołki pod zieloną koroną jakiego leśnego olbrzyma: bombaksu59, baobabu lub ceiby.

Tak minęliśmy kraje Mungo i Balungi szczęśliwie, w których ostatniego przed nami podróżnika, Grenfelda, wstrzymali krajowcy, nie puszczając dalej, i 18 sierpnia, po sześciu dniach żeglugi na rwącej rzece, stanęliśmy w Bakundu-ba-Nambeleh, stolicy kraju tegoż imienia. Krajowcy tu już wiedzieli od kilku dni, że przybywamy, a doniósł im o tym telegraf krajowy, bęben, na którym wybijają krótkie i długie sylaby, składające rodzaj telegraficznego języka. Od etapy do etapy podają sobie oni w ten sposób wiadomości, a mają żądane informacje niezwłocznie nawet na stumilową odległość.

Tu, w Bakundu, angielskie towarzystwo niby misjonarzy, baptystów, utrzymuje stację misyjną pod dowództwem Mulata60 Richardsona. W rzeczy samej jest to biedna krajowa lepianka otoczona kilkoma innymi wśród lasów dziewiczych, a rezultaty misjonarza są jeszcze bardzo słabe. W każdym jednak razie był to punkt oparcia i w owej misji bakundyjskiej urządziliśmy swą główną kwaterę, nająwszy mieszkanie i jedną z lepianek jako magazyn dla bagażu.

Wylądowawszy więc, napisałem do p. Richardsona list, gdyż misja i stolica znajdowały się o kilka mil drogi od brzegów rzeki Mungo, że udało nam się dotrzeć do Bakundu po rzece Mungo i że prosimy go jako jedynego cywilizowanego człowieka w tym gąszczu, aby nam przysłał z sześćdziesięciu tragarzy Bakundyjczyków na brzeg rzeki dla przeprowadzenia naszego obozu do samego miasta i misji.

Rozłożyliśmy się tymczasem na brzegu, czekając na żądanych ludzi. Następnego rana przybyła oczekiwana odpowiedź, a równocześnie z nią sześćdziesięciu dziko wyglądających Murzynów. Bagaż nasz jednakże był tak liczny, iż mimo tej liczby ilość przysłanych krajowców nie wystarczyła, Tomczek więc pozostał na brzegu przy niezabranych pakunkach, a z tym, co mogłem zabrać, ruszyłem naprzód do miasta.

Przed wieczorem tego samego dnia przybył do niego z resztą ludzi i bagażu również i Tomczek.

Murzyńskie miasto Bakundu-ba-Nambeleh, do któregośmy wstępowali, leży w gęstym lesie, a może liczyć do 1500 mieszkańców. Składa się ono z długiej ulicy czworograniastych lepianek glinianych lub chat bambusowych, tworzących nieprzerwaną linię, ciągnącą się półkolem. Długą tę ulicę przerywają trzy owalne świątynie ulepione z gliny, w których odbywają się walne narady i zgromadzenia, czyli „palawary”61. Świątynie te dzielą miasto na trzy oddzielne dzielnice, z których jedna pozostaje pod bezpośrednim dowództwem samego króla kraju Nambeleh II, drugie dwie zaś pod możnymi kacykami: Namneko i Likoba. Ci dwaj są prawie niezależni przez swe bogactwa i potęgę, głównie zaś pierwszy z nich, chytry Namneko. Władza ich jest tak wielka, że w Bakundu po prostu nie mówią o jednym królu, lecz o trzech kacykach.

Na końcu miasta, oddzielone nieco od niego zaroślami, wznoszą się wśród żywopłotu, służącego za palisady, glinianki owej „misji baptystów” p. Richardsona. Miała ona wtedy jednego prozelitę62, to jest własnego kucharza. Zajęliśmy najętą przez nas część i roztasowali się w niej.

Wkrótce zjawili się trzej kacykowie: Nambeleh, Namneko i Likoba, przynosząc nam zwykłe podarunki przyjaźni, to jest trzy kury i trzy pęki plantanów63. Wyrazili swą radość z naszego przybycia, przypatrując się każdemu z naszych ruchów ciekawie i spoglądając z pożądliwością na nasz bagaż, wśród którego — wiedzieli to dobrze — znajdowały się podarki dla nich przeznaczone; zapowiedziałem im takowe na dzień jutrzejszy i kacykowie odeszli zadowoleni.