Tu zauważyłem dziwne stosunki głównego króla Nambeleh do Namneki. Król po prostu bał się tego ostatniego; trzeba było wprawdzie pierwszego wyróżnić co do ilości przedmiotów, lecz po kryjomu.
Nambeleh sam prosił o to, oświadczając, że obawia się zazdrości Namneki, który, jak twierdził, mógł w tym razie łatwo powstać wraz z Likobą przeciwko niemu. Gdyśmy więc wyruszali następnego dnia z podarkami do miasta, wyglądały one jako trzy równe grupy przedmiotów, lecz Nambeleh był potajemnie uprzedzony, że w naszym magazynie znajdują się oddzielne „skarby” dla niego.
Każdą z tych grup składały następujące przedmioty: 30 łokci niebieskiej materii, 30 czerwonej i 15 różnokolorowej, 10 głów tytoniu, czerwona czapka, naszyjnik, para bransoletek mosiężnych, pierścień, dwie fajki, tabakierka i szarfa czerwona. Dla Nambelehgo zaś miałem w ukryciu oprócz tego czerwony flanelowy kostium wyszywany, jedwabną haftowaną czapkę, pistolet i jeden z owych wielkich parasoli. Kacykowie zdawali się wielce zadowoleni, Nambeleh zaś przybył jeszcze późno wieczorem do nas, by, jak się wyraził, „choć spojrzeć na skarby, jakie mamy dla niego osobno”, lecz które miał otrzymać wtedy dopiero, gdy sformuje nam karawanę i pomoże wyruszyć bez trudności dalej w głąb kraju.
Deszcze tymczasem szalały w pełni po okolicy. Mimo to postanowiliśmy za kilka dni, nie tracąc czasu, wyruszyć w krótszą podróż, by przyzwyczaić do siebie Bakundyjczyków i poznać charakter kraju, który na północ i wschód przez nikogo przedtem zwiedzany nie był. Bakundu, a w nim kwatera nasza, miało służyć za punkt centralny, skąd w różnych kierunkach mieliśmy badać tajemnicze te strony do końca pory deszczowej, następnie wysłać ostatnie listy do brzegu oceanu i puścić się dalej przez Bayong.
Zanim jednak zaczniemy przebieg słoniowe lasy bakundyjskie, rzućmy choć okiem na wspaniały ten kraj. Teraźniejszy jego król panuje jeszcze bardzo niedawno; ojciec jego, czyli Nambeleh I, zmarł albowiem dopiero w 1879 r. Była to nadzwyczaj oryginalna figurka: cztery stopy wysoki, kościsty staruszek, sięgający wiekiem najdalej w przeszłość kraju, a przez to niezmiernie szanowany przez swój lud. Gdy musiał udać się w jakąkolwiek drogę, syn jego, król teraźniejszy, brał go na plecy i niósł zgrzybiałego ojca niby dziecko. Po śmierci starego króla syn ów, noszący wtedy nazwę Ito, udał się do głównych kapłanów kraju, by objąć imię ojca wraz z panowaniem jako Nambeleh II. Podróż ta trwała długo, bo przeszło dwa lata, powrócił zaś z niej niedawno. Jest to Murzyn koloru jasnoczekoladowego z niewielkim zarostem na twarzy, występowanie64 zaś jego jeszcze nie zbyt pewne, nawet czasem nieco nieśmiałe, czym się różni znacznie od zazdroszczącego mu wszystkiego Namneki, krępego Murzyna średnich lat o przenikliwym wzroku i majestatycznych ruchach.
Główną potęgą pomiędzy ludem jest kalati (wysoka nauka, czary itd., naturalnie w pojęciu murzyńskim).
Kapłan z rzucanych muszelek przepowiada wszystko i wszystkie wydaje wyroki. Tak np. dajmy na to, że umarło pewne indywiduum w sile wieku i dość nagle. Podług mniemania, musiał go ktoś zaczarować, zamiast więc pochować go stosownie do zwyczaju we własnym domu nieboszczyka (w którym po stypie familia mimo to mieszka dalej), zawijają go w liście bananowe i pędem wynoszą do lasu. Tu w miejscu ukrytym mają jakąś jamę czy szczelinę w górze (nigdy mi jej pokazać nie chciano), niezmiernie głęboką, a na spodzie której płynie strumień podziemny. W tę oto szczelinę rzucają trupa i powracają do miasta, by się dowiedzieć, kto zaczarował (po krajowemu: „kto zjadł duszę zmarłego”). Kapłan daje odpowiedź na to; od szpiegów swych dowiedział się, jakich nieprzyjaciół posiadał zmarły. Rzucając więc owe muszle lub kostki, daje kolejno wskazówki co do osoby, aż wreszcie dochodzi niby do całej wiadomości i nazywa nieszczęśliwą ofiarę — kogoś z nieprzyjaciół zmarłego. Familii nieboszczyka odpowiedź, czyli objawienie kuglarza wydaje się nadzwyczaj prawdopodobne, gdyż oznaczono nieprzyjaciela zmarłego. Ani cień powątpiewania nie nasunie się zresztą przez ślepą wiarę krajowców i chwytają wskazanego. Dwóch ludzi trzyma mu głowę, podczas gdy kapłan wlewa mu do ust z miski drewnianej wielką ilość pewnej trucizny zwanej sassa, a otrzymanej z jednego z drzew. Jeżeli pacjent odda płyn ten womitami65, wtedy jest ocalony, jeżeli zaś dostanie kurczów i zblednie (co prawie zawsze następuje), wtedy rzucają go na ziemię, gdzie wkrótce kończy w kurczach i konwulsjach. Częstokroć nie czekają jego śmierci, lecz konającego wynoszą do lasu i rzucają do wyżej opisanej trupiej jamy. Ostatnie to okropne postępowanie rzucania do jamy żywego jeszcze człowieka, praktykują również, aczkolwiek teraz nie tak często, z długo i ciężko chorymi. Jeżeli kapłan wyrzecze, że chory nie wyzdrowieje, częstokroć żywego wrzucają do owej jamy. W bardzo wielu miastach, głębiej na północo-wschód położonych, odcinają delikwentom, skazanym za czary, głowy, malują lub wędzą czaszki i wieszają je na pamiątkę u sufitu królewskiego domu.
Król despotycznie postępować nie może, ogranicza go rada najstarszych, pomiędzy którymi kapłan główną gra rolę, lecz prawo ogłoszone przez króla publicznie, trzykrotnym wołaniem, staje się święte! Tak np. od dawna jest zabronione w Bakundu jedzenie kur, jedzenie nawet innych potraw gotowanych w jednym naczyniu z kurą. Tylko królowie i nader nieliczna garstka „wybitnych osobistości” mają do tej potrawy prawo, inny zaś śmiertelnik przypłaca przekroczenie tego przepisu głową.
Za kradzież naznaczone są trzy różne kary: po raz pierwszy tłuką złodziejowi garnki i naczynia w domu, po raz drugi zabierają jego kozy, drób i krowy (jeżeli takowe posiada), po raz trzeci zaś dodają do tych kar inną: odcinają ucho lub sprzedają do niewoli. Niewolnictwo jest tu w ogóle w pełnym rozkwicie, jednakże los niewolników nie jest tak czarny, jakby się wydawać mogło. Spowodowało je lenistwo krajowców, którzy pracować nie lubią, by więc mieli ramiona niezbędne do hodowania koki, jamsu66 i plantanów, zatrzymują po wojnie szczęśliwej jeńców lub skazują na niewolę przestępców. Zresztą bardzo często zbiegi z innych stron sami oświadczają się niewolnikami tego lub owego bogatszego krajowca, by uniknąć prześladowania ze strony plemienia, z którego zbiegli. Niewolnicy ci nie mieszkają w miastach, lecz należący do pewnego miasta kontyngent ich zabudowywa67 się zwykle o jaką milę lub pół mili obok niego i tworzy niewolnicze miasto metropolii, nazywające się baku.
Żony swe kupuje Bakundyjczyk i wielka ich ilość oznacza stopień dostojeństwa i bogactwa męża. One gotują pokarm i odpowiadają za żywność roślinną, to jest: obowiązane są wraz z niewolnikami hodować potrzebne dla murzyńskiego stołu jarzyny, jako to: jams, kokę, plantany (niesłodkie banany), bataty68 i czasem kukurydzę. Małżonek zaś ogranicza swą czynność na wyrabianiu i piciu wina palmowego, oprócz tego powinien on dostarczać potraw mięsnych przez polowanie. Polowania te są odmiennej natury, niż widziałem gdzie indziej. W tym celu zbiera się zwykle pewna część miasta lub nawet całe miasto z sieciami, po 20–30 łokci długimi, a zwanymi jotto. Wiążą je sami z włókien palmowych, gdyż są w ogóle dobrymi powroźnikami. Tymi sieciami obciągają pewną część zarośli, a gdy tego dopełnią, połowa myśliwych wchodzi w okolone miejsce, część zaś kołem stoi przy sieci z zewnętrznej strony; wszyscy uzbrojeni w długie, tanie skałkówki69, malowane na czarno, a otrzymane to z Kamerunu, to z Kalabaru. Następnie rozpoczyna się wrzawa iście piekielna celem płoszenia zwierzyny znajdującej się w kole, gdy zaś takowa się rozbieży i podejdzie do sieci, wtedy zwężają koło i przestraszoną zwierzynę zabijają to fuzjami, to nożami, lub też dzidami myśliwych zewnętrznych. Zdobycz taka jest nadzwyczaj pstrą; składają ją lamparty, antylopy, dzibu (rodzaj jelenia o jednym rogu), koty dzikie, małpy, jeże wielkie, mrówkojady, olbrzymie jaszczurki, mające do pięciu stóp długości (iguany), węże itp.