Wykłady w Collège de France, notowane po francusku przez stenografa i przełożone na zwykłe pismo przez Władysława hr. Platera, zawierają się w czterech dużych tomach i służą obecnie prof. Nehringowi do krytycznego ich opracowania i wydania.
Muzeum nasze, a więc i izbę mickiewiczowską, zwiedza co roku przecięciowo 2000 cudzoziemców, jest więc ona jak gdyby wykładem o poecie i przypomnieniem go człowiekowi obecnemu. Wykład ten, jak czytelnik łatwo osądzi, nie jest i nie może być ani dokładnym, ani wyczerpującym. Co jednak było w naszem posiadaniu, z tego zrobiliśmy użytek. Wystawiono w oszklonej szafie przekłady na obce języki w druku, roztwarte w miejscach najbardziej pięknych, mogą dać wędrowcowi każdej prawie narodowości pewne przynajmniej wyobrażenie o utworach naszej chwały — w jego własnej mowie. Byłoby rzeczą wielce pożądaną, ażeby ten zbiór przekładów, które się przecie, szczególniej na języki słowiańskie, ciągle mnożą, rozszerzać, uzupełniać i kompletować.
Głównem dążeniem naszem od chwili założenia kolekcyi mickiewiczowskiej jest to, ażeby ona dawała świadectwo o poecie takim, jakim on był rzeczywiście. Pragnęliśmy, żeby cały duch pism tego niestrudzonego sługi wolności, żeby ta nasza prawdziwa „arka przymierza między dawnemi i nowemi laty” — tutaj na ziemi Szwajcarów znalazła przytułek i schronienie. Ostatniemi czasy nauczyciele naszego narodu, których plemię z rozwojem przemysłu tak dziwnie się rozmnożyło, nieomylni krytycy wszelkiego znaku i o najrozmaitszych tytułach zaczęli przeistaczać Mickiewicza. Widzimy go przebranego od czasu do czasu już to za rusofila (omal że nie za „ugodowca”), już za Austryaka (prawie za „stańczyka”). Nieubłagani tępiciele „ducha narodowego”, pospolici stronnicy bagnetów i działacze, wynoszący między lud na „ulicę” kult caryzmu dla osiągnięcia okruchów samorządu za cenę wszystkiego ideału wolnej ojczyzny, zrodzonego w „dymie pożarów i kurzu krwi bratniej”, nie mogą znieść kolosalnej postaci, która nie maleje, lecz rośnie w ich oczach. Dla ludzi, którzy, usiłując paktować z despotyzmem, stali się sami reakcyonistami zajadłymi, nienawistnym się stał ów „duch” poezyi mickiewiczowskiej, szerzący się niewidzialnemi drogami.
I nic dziwnego. Adam Mickiewicz był rewolucyonistą w sprawach politycznych, rewolucyonistą i reformatorem w krainie poezyi, rewolucyonistą w religii i rewolucyonistą w dziedzinie nauki o społeczeństwie. To też nie mogąc usunąć z widnokręgu jego osoby, rozmaite koterye, rozrządzające na własną rękę losami naszego narodu i urabiające na własną modłę normy duchowego żywota warstw biednych i ciemnych, starają się zatuszować pewne cechy twórczości, wymazać z życiorysu rozmaite uczynki poety. Dają się słyszeć głosy, że już kultu mickiewiczowskiego jest za dużo, że już treść wewnętrzna dzieł została wyczerpaną i piękność formy roztrząśniętą, że to widmo społeczeństwo pogrążone we śnie wciąż jeszcze widzi, kiedy należałoby się raz przecie obudzić.
Są to jednak mniemania bieżącej chwili, które wraz z nią przeminą. W epoce najgorszej, kiedy po roku 1863 myśl o społeczeństwie została przez naszych własnych mędrców wywrócona na nice, kiedy na miejscu rozwalonego ołtarza postawiono ideał bezwzględnej wierności dla rządów zaborczych, ideał miłości dla tronów, kiedy zasiewano w sercu młodego pokolenia ziarna najdalej idącego wstecznictwa, wówczas właśnie kult Mickiewicza wybuchnął szerokim płomieniem.
I po raz drugi w chwili daleko mniej doniosłej, ale zato daleko bardziej plugawej, kiedy w Warszawie sławetna deputacya zbierała zarówno od ludzi bogatych, jak od wyrobników i nędzarzy datki na fundusz milionowy, czyli „subskrypcyę narodową” celem uczczenia cara, kiedy nie wahała się szerzyć wśród ciemnego i biednego ludu swych zasad, całe „społeczeństwo” (zamknięte w granicach Królestwa) od szczytów swych do głębin złożyło niemy protest, składając ofiarę na pomnik poety w Warszawie. Ze zdumieniem rzucano okiem na kolumny gazet, wyliczające nieprzejrzany szereg nazwisk prostaczych i małych datków, złożonych przez lud roboczy i siermiężny. Dopiero jednocześnie z tym szczególnym skutkiem sięgania promieni poezyi narodowej tam, dokąd jeszcze nie dotarła urzędowa szkolna oświata, uznały za stosowne rozmaite „pióra” i języki, usługujące interesom sfer ugodowych, zawiesić na chwilę tępienie czci Mickiewicza.
W tych prawdziwie strasznych momentach, kiedy lud znękany wstrzymuje się jak gdyby na rozstajnych drogach i kiedy w śmiertelnem udręczeniu słucha podszeptu fałszywych proroków, którzy mu obiecują odpoczynek za cenę sprzedania najdroższej myśli, ukazywał się zawsze on, jako dusza nieszczęśliwego narodu.
Więzy cenzuralne, nałożone przez rządy zaborcze, a bardziej jeszcze nasze własne przemilczanie sprawiły, że niektóre pisma poety nieznanemi są wcale. Stąd pochodzą owe sądy o wyczerpaniu wewnętrznej treści pism Mickiewicza. Wielkość tego geniuszu, zdolność spoglądania w przyszłość i siłę wzruszeń humanitarnych określi dopiero przyszły biograf i przyszły krytyk, wspierający się na materyale dziś jeszcze leżącym tu i owdzie w ukryciu, albo przez stronnicze sądy pomijanym świadomie. Za dni naszych, w dobie tryumfu ideałów mongolskich, jakże ma powstać sprawiedliwy sąd o prawdziwem jestestwie poety, o jego „najmocniejszem uczuciu”? Ogół tylko szary, nieznający doktryn, ów „cały naród” poety czerpie to uczucie, jak wodę z czystego stoku i odwilża spalone usta w trudzie i męce. Ten sprawiedliwie sądzi. Za gorzki chleb tułactwa, za starość spędzoną w ponurej boleści i za śmierć w dalekiej ziemi w służbie dla ojczyzny — płaci miłością, której niewola nigdy nie wytraci i której nasze własne upodlenie ducha nigdy w swych mętach pochłonąć nie zdoła. Treść ducha Adama Mickiewicza nie została jeszcze wyczerpaną. Jest on jak urodzajna rola, z której tylko ciemnota i głupstwo owoców czerpać nie chce i nie umie. Im bardziej ludzkość cywilizować się będzie, tem powszechniej rozszerzy się smakowanie w tym duchu czystym, w marzycielu z katedry Collège de France i z „Tribune des peuples”.
Zwłoki Mickiewicza przyniesione zostały z ziemi tułactwa i złożone w grobach królewskich. Prawdziwie należy im się to miejsce. Dziś, gdy jesteśmy rozdarci, zatruci jadem moskwicyzmu, łączy nas przecie wszystkich i pomimo wszystko jego słowo, słowo, którego boimy się wszyscy i które przenika nas podobnie, jak naddziadów naszych przenikało słowo Skargi, rozlegające się, „jakoby piorun trzaskał”. Na dalekich lądach świata, wśród obcej mowy rozproszonych spaja nas w jeden naród władza jego świętych nadziei. Po najwyższy zachwyt i po najczcigodniejsze uczucie człowiek naszego rodu do niego zawsze przyjść musi. Dla „przyszłych pokoleń”, gdy wypełni się jego marzenie, gdy „jutrzenka swobody” wejdzie nad ziemią ojczystą, gdy „zbawienia słońce” oświetli lud schylony nad szczęśliwemi niwami, będzie ten poeta z doby niewoli najszczytniejszą rozkoszą wszystkich, jak był nią dla nas, „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu”, cośmy krzepili się nim w najcięższych uciskach ducha.
[1898]