— No, to znajdę drugiego.
— A jeżeli ów drugi zrzuci panią ze schodów swego domu, jako rzecz kupną, która mu obmierzła?
— Znajdzie się inny, znajdzie na pewno, grzeczniejszy w rozmowie od pana. Gdyż ja jestem bardzo piękna. Sama się dziwię... Gdyby pan miał możność zobaczenia mię w kąpieli, musiałby pan przyznać. Nikt moich ust jeszcze nie pocałował i nie pocałuje...
Ciszej dodała: — Kochałam dotąd moją mamę i moją sztukę...
— Jakaż jest owa maksymalna cena?
— Czyliżby pan? O ile mi wiadomo, pan nie ma tyle, ile bym ja myślała... Wiem, że mógłby pan sprzedać swój majątek bratu, ale to mało. Zresztą — krzyczano by, że się pan rujnuje na mnie. Po co mi to? Widzi pan sam, że tu trzeba brać pod uwagę najbogatszych milionerów, tłustych Żydów wiedeńskich czy frankfurckich, a polować na nich w Nicei, w Cannes, w Ostendzie... Dla nich to nic, drobiazg, a dla pana to łamanie się wewnętrzne, tragedie, krzyki ludzi, skądinąd zacnych... Po co mi to?
— Ja też nie staję do tej licytacji.
— To dobrze, panie Janku.
— Sądziłem... Widziałem to, zdaje mi się, we śnie, że będę z panią szedł jak gdyby przez Piazza Spania w Rzymie...
— Tam, gdzie to sprzedają te najśliczniejsze kwiaty?