Jakże uboga wydaje nam się w takich chwilach nasza egzystencja, wciśnięta w ciasne ramy, ściśle przykrojona, ustalona jedynie tylko dzięki zdolności wyrzekania się, w zestawieniu z jego życiem! Z żalem wówczas przekonujemy się, jak wysoką ceną okupiliśmy naszą postawę duchową i etyczne nasze dążenia: ceną zahamowania bezpośrednich naszych popędów! Właśnie wskutek tego, że stężamy nasz jednorazowy byt doczesny w plastyczne formy, budujemy sobie kamienne tamy, odgradzające nas od dopływów ze świata, od przemykającej obok nas w rozszalałem tempie gry przypadku.

Przyrodzony, nieodłącznie zrośnięty z nami fatalizm naszego przeznaczenia: ilekroć usiłujemy zapewnić sobie trwanie wieczyste, rozciągnąć sferę naszego oddziaływania poza ramy chwili obecnej, pozbawiamy dla siebie teraźniejszość całej jej żywotności; jakąkolwiek cząstkę naszego wewnętrznego napięcia skierowujemy poza obręb współczesności, związane to być musi z obrabowywaniem nas samych z beztroskich uciech życia. Rządzimy się własnymi uprzedzeniami i obawą sądu świata, wykuwamy sami na każdym czynionym przez nas kroku zgrzytliwe łańcuchy kul, przytłaczających nasze sumienie. Jesteśmy niewolnikami samych siebie i dlatego wleczemy się ciężkim krokiem przez życie, kiedy ten lekkoduch, ten pędziwiatr porywa za sobą wszystkie kobiety, przebiega lekką stopą wszystkie kraje i na rozbujanej w pędzie huśtawce przypadku szybuje ku wszystkim niebiosom i spada we wszystkie otchłanie piekielne.

Daremnie też przeczyłby każdy prawdziwy mężczyzna, że jest w stanie czytać w pewnych momentach pamiętniki Casanovy bez uczucia zawiści, bez doznawania przykrego ukłucia, że jest fuszerem, niedołęgą wobec słynnego tego mistrza życia. Nie raz też, nie, setki razy, wolałoby się być nim aniżeli Goethem, Michałem Aniołem czy Balzakiem.

Chociażbyśmy nawet z chłodnym uśmiechem przyjmowali zrazu literackie estetyzowania i szerokie gesty tego urwipołcia kryjącego się pod szatą filozofa, będziemy już w szóstym, w dziesiątym czy w dwunastym tomie uważali go za najmędrszego z ludzi, a jego filozofię lekkiego traktowania rzeczy za najrozumniejszą i najczarowniejszą z wszystkich doktryn. Szczęśliwie jednak nawraca nas sam Casanova i ustrzega przed przedwczesnym tym zachwytem. Jego księga zapisu własnej jego sztuki życia niebezpieczną wykazuje szczerbę: zapomniał o starzeniu się. Epikurejska taka technika używania, jaką uprawiał i głosił Casanova, nastawiony jedynie na wykorzystywanie namacalnej, zmysłowej strony życia, oparta jest wyłącznie na młodych, wrażliwych na te bodźce, niestępionych zmysłach, na prężności i sile młodego ciała. Z chwilą jednak, gdy krew już nie tak ogniście krąży w żyłach, wyparowuje od razu cała filozofia używania, stygnąc na ckliwą, nie do przełknięcia papkę: jedynie rozporządzając świeżymi, prężnymi mięśniami, zwierzęco mocnymi, białymi, lśniącymi zębami, można w zalecany przez Casanovę sposób owładnąć życiem. Biada jednak z chwilą, kiedy zęby zaczynają wypadać, a zmysły przestają dopisywać. Pryska wówczas cała wygodna, samolubna filozofia.

Wykres życia nieoglądającego się na nic epikurejczyka-zmysłowca dąży nieuniknienie ku dołowi, bowiem cechą każdego rozrzutnika jest niedbanie o rezerwę na przyszłość. Trwoni on i zatraca na potrzeby chwili całe swoje paliwo, gdy przeciwnie, człowiek mający upodobania duchowe, pozornie wyrzekający się zmysłowych uciech życia, gromadzi w sobie równocześnie, niby w akumulatorze, pokaźny zapas ciepła. Kto oddał się duchowym radościom, doświadcza i ku zaznaczonemu wydłużonym cieniem schyłkowi życia, częstokroć nawet aż do wieku patriarchalnego (Goethe!), przeobrażeń i sublimacji, olśnień i zachwytów, wzruszeń i uniesień. I wówczas jeszcze, kiedy w żyłach leniwie już krąży ostudzona krew, potrafi podnosić on rytm własnego istnienia na świetlane wyżyny i doznawać na nich intelektualnych niespodzianek, a osłabienie siły prężnej ciała wynagradza mu śmiały wciąż jeszcze polot myśli, nieukrócona gra fantazji.

Kto zmysłami jedynie żyje, kto w faktach wyłącznie szuka podniety, w kim oddźwięk wewnętrzny budzi jeno bieg spraw i wydarzeń rzeczywistych, zatrzymuje się i staje niby koło młyńskie w wyschniętym strumieniu. Starzenie się jest dla niego równoznaczne z zanikiem, ze stoczeniem się w nicość zamiast przejścia do czegoś nowego. Życie, nieubłagany wierzyciel, domaga się z lichwą zwrotu tego, co zbyt wcześnie i zbyt pośpiesznie wzięły zeń nieopanowane zmysły.

Tak samo też kończy się mądrość Casanovy wraz z jego szczęściem i powodzeniem, jego szczęście i powodzenie wraz z jego młodością. Wydaje on się nam mądry, jedynie dopóki jest piękny, zwycięski i pełen sił. Jeśli nawet w głębi ducha zazdrościliśmy mu do czterdziestego roku jego życia, po przekroczeniu przez niego czterdziestki litujemy się nad nim.

Bowiem karnawał Casanovy, ten najbardziej pstry ze wszystkich karnawałów weneckich, kończy się smutnie i przedwcześnie melancholijną środą popielcową202. Powoli, niepostrzeżenie, niby zmarszczki na starzejącą się twarz wślizgują się posępne cienie w płynącą z wesołą swadą jego opowieść o własnym życiu. Coraz mniej tryumfów ma do zanotowania, coraz więcej spotyka go przykrości i zgryzot. Coraz częściej wydarzają mu się niemiłe afery z ciągnionymi wekslami203, fałszywymi banknotami i zafantowanymi204 klejnotami, do których — naturalnie za każdym razem zupełnie niewinnie — zostaje wmieszany; coraz rzadziej przyjmowany bywa na książęcych dworach. Z Londynu musi uciekać podczas ciemnej mglistej nocy, zaledwie zdążywszy zbiec na parę godzin przed zaaresztowaniem, które zaprowadziłoby go niechybnie na szubienicę. Z Warszawy zostaje wypędzony jak przestępca, w Wiedniu i Madrycie otrzymuje nakaz opuszczenia kraju i miasta, w Barcelonie wtrącają go na czterdzieści dni do więzienia, w Paryżu nakazuje mu otrzymany lettre de cachet205 niezwłoczne opuszczenie ulubionego miasta, z Florencji wyrzucają go bez ceremonii: nigdzie nie chcą już mieć Casanovy, każdy odsuwa go i strząsa z siebie jak wesz z ubrania.

Ze zdziwieniem zadaje sobie czytelnik zrazu pytanie, jakie przestępstwo popełnił ten poczciwy człowiek, że nagle świat okazał się do tego stopnia niełaskawy i moralizatorsko surowy dla dawnego swojego ulubieńca. Czy przeobraził on się nagle w złośliwego szkodnika, w oszusta, czy zmienił się jego podejrzanie zjednywający sobie ludzi charakter, że odwrócili się od niego? Nie, pozostał taki sam i zawsze taki sam pozostanie: blagier i szarlatan, bawidamek i esteta do ostatniego tchnienia. Zaczyna mu tylko braknąć żywiołu, który tak wspaniale napinał jego siłę rozpędową, nie dopisuje mu dawna pewność siebie, tryumfujące poczucie własnej młodości. Czym najwięcej grzeszył, z tej strony spotyka go najrychlej kara: pierwsze opuszczają dawnego swojego ulubieńca kobiety: mała, marna Dalila206, podstępna bestyjka, mała Charpillon w Londynie, skręciła kark temu Samsonowi erotyki.

Epizod ten, najwspanialszy ze wszystkich w jego pamiętnikach, bowiem najprawdziwszy, najbardziej ludzki, pod względem artystycznym skreślony z wzruszającym przejęciem, do głębi widać wstrząsnąć musiał całym jego jestestwem. — Stanowi on punkt zwrotny w życiu Casanovy.