Klasnął w ręce, a naroz sie zjawiło tyla służby nie wiadomo, skąd. Przyniesły ji suknie, buciki, płászcz, cápecke, i wystrojiły jo jag wielgo panio.

— No to jidźże, dobre dziecko, do swojégo ojca.

Jidzie, otworzyła dźwi, wyszła na dziedziniéc przed piekném zamkiem. A tam kołem służba stoji, kłaniajo sie ji, witajo jo jag włościcielke. Ona ocy robi10, ale mówi:

— To, o, wszysko pani, to dziedzic pani wszysko przekozoł to.

No ji... pirsze, co pomyśla[ł]a, to pojedzié przeciéż w odwiédziny do uojca. Káza[ł]á karete zaprzągać konie i pojedzie do ojca. Przyjechała przed dom, ojciec jo ni móg poznać. Jag jo poznoł, radości było wiela. Macocha téż udawa[ł]a z tom, że sie cieszo straśnie. Ale nojbardziéj to jim chodziło, żeby uopowiada[ł]a, skund ona má tyle tych majętności! Jag im wszystko opowiedziała, chciała ojca zabrać, ale ojciéc gado:

— Nie, dziecko, ja tu jeszcze potrzebne, to ja tu jeszcze ostane. A ty mie jeszcze odwidzaj.

Jak przysła zima, ino lode skuły ziemie, matka któregosi dnia mówi:

— Zośka, jidziemy po wode — do swoji córki. A przez droge ji mówi: — Tebś11 słyszała wszystko, co Hanka opowiadała? Jak sie to tam trza sprawować? No! Já myśle, że tyś nié głupsza od nij i tyz bez majątku nie wrócisz.

Jak ino Zośka wiadro przypiena12, to matka jo buch! do ty studni. No ji tak, jak Hanka, Zośka trafiła tam do tego siwego pana. Ale przeciez ona roboty niezwyczajno, ji sie robić nie chciało, za niom ta matka tyz nie płakała i nikt nie płakoł ji guzicków nie nalozła, i do dziś dnia ta Zośka siedzi tam w ty studni. Jag nie wiérzycie, to wołejcie, zawołajcie:

— Zośkaaaaa!