Uchylił okiennicę na tyle, aby wsunąć głowę i rzekł kilka razy z cicha: To ja.

Wytężył słuch: nic nie zamąciło ciszy pokoju. W kominku nie było lampki, nawet przyćmionej: zły znak.

„A jeśli strzelą?” Zastanowił się chwilę; następnie odważył się zapukać w szybę: żadnej odpowiedzi; zapukał mocniej. „Gdybym miał nawet stłuc szybę, trzebaż z tym skończyć”. Zastukał bardzo mocno: zdawało mu się, że widzi w mroku biały cień przesuwający się przez pokój. Wreszcie nie mógł wątpić: ujrzał cień zbliżający się powoli. Naraz ujrzał twarz opartą o szybę, do której on przyciskał oko.

Zadrżał, odsunął się nieco. Ale noc była tak ciemna, że nawet z tej odległości nie mógł poznać, czy to pani de Rênal. Zląkł się pierwszego krzyku; słyszał, jak psy krążą i warczą koło drabiny. „To ja — powtarzał dość głośno — swój”. Żadnej odpowiedzi, białe widmo znikło. „Otwórz, muszę z tobą mówić, nie męcz mnie tak” — i pukał z całych sił do okna.

Rozległ się lekki, suchy trzask; zasuwka puściła, pchnął ramę i wskoczył lekko do pokoju.

Biała postać cofnęła się, chwycił ją za rękę: była to kobieta. Cała odwaga Juliana pierzchła. Jeśli to ona, co powie? Cóż się z nim stało, kiedy po lekkim krzyku, poznał, że to pani de Rênal!

Chwycił ją w ramiona, ledwie miała siłę go odepchnąć.

— Nieszczęśliwy! Co robisz?

W słowach tych, wymówionych zdławionym głosem Julian odczuł najszczersze oburzenie.

— Przychodzę cię odwiedzić po czternastu miesiącach okrutnej rozłąki.